13 lutego 2017

Przeznaczona. Rozdział 3: Tajemniczy Dom

Betowała: Katja
"Settle down, it'll all be clear
Don't pay no mind to the demons
They fill you with fear"


Mijał czas, a ja wciąż tkwiłam w tym samym miejscu. W zasadzie nie do końca wiedziałam, gdzie właściwie. Nie wyszłam ze swojego pokoju ani razu. Snape również nadal się nie pojawił. Nie byłam pewna, ile dni dokładnie minęło od mojego przybycia, ponieważ straciłam rachubę czasu. Wydawało mi się, że około tygodnia, może trochę więcej.
Znajdowałam się w jakiejś próżni swojego życia. Czas i przestrzeń jakby przestały dla mnie istnieć. Nie wiedziałam, gdzie jestem ani jaki jest dzień. Ucisk w mojej piersi nie zelżał, ale miałam niejasne przeczucie, że nie stanie się to za szybko, jeśli kiedyś w ogóle. Nadal byłam wściekła na matkę, że zostawiła mnie, nie wyjaśniając tylu spraw, ale wiedziałam, że nigdy nie dane mi już będzie się z nią zobaczyć. Złość, którą czułam, należała teraz tylko do mnie i sama musiałam sobie z nią poradzić.
Jak wiadomo, działanie jest najlepszym lekarstwem na wszystko. Dlatego w końcu postanowiłam skonfrontować się z czekającym mnie zadaniem, jakiekolwiek by nie było. Wszystko wydawało się lepsze niż ta bezczynność, w której trwałam już zdecydowanie za długo.
Od dwóch dni powracały u mnie normalne funkcje życiowe: jadłam regularnie to, co udało mi się wyczarować, myłam się i odczuwałam upływ czasu. Ostatniej nocy przespałam nawet kilka godzin i obudziłam się dopiero o świcie. Zauważyłam również przez małe okienka mojej celi, że na dworze jest piękna, letnia pogoda.
W końcu jednak siedzenie wciąż w tym pomieszczeniu i gapienie się w te same cztery ściany stało się nie do zniesienia, więc odważyłam się na wyjście z mojego pokoju. Czułam się dziwnie nieswojo, zupełnie jak zwierze wypuszczone z klatki.
Niestety zatrzymałam się tuż za progiem, nie bardzo wiedząc, co dalej zrobić. Nie znałam tego domu i nie miałam pojęcia, gdzie szukać jego gospodarza. Zamknęłam drzwi swojego pokoju i ich niespodziewany trzask odbił się echem od kamiennych ścian korytarza. Skrzywiłam się na ten hałas i to on prawdopodobnie zaalarmował Snape’a.
Juliette. Usłyszałam za sobą jego głos. Odwróciłam się w stronę, z której dobiegał. Snape stał w drzwiach na końcu korytarza. Wyglądał dokładnie tak samo jak wtedy, gdy widziałam go pierwszy raz: miał na sobie długą, czarną szatę czarodzieja. Skinął na mnie i zniknął z powrotem w pomieszczeniu za sobą. Podążyłam za nim.
Gdy tylko przekroczyłam próg, stanęłam jak wryta. Znalazłam się w najbardziej profesjonalnym laboratorium eliksirów, jakie w życiu widziałam. Nie żebym dużo takowych odwiedziła poza szkołą, ale ciotka Jasmine posiadała małe pomieszczenie, w którym warzyła potrzebne mikstury i które jednocześnie służyło jej za schowek do ukrywania różnych czarodziejskich przedmiotów. Jednak nie miało się ono nijak do tego miejsca.
Było to duże, kwadratowe pomieszczenie, zaskakująco jasne. Nadal znajdowaliśmy się pod ziemią, ale w suficie umieszczono trzy długie świetliki, które oświetlały wnętrze. Na całej lewej ścianie znajdowały się półki, od podłogi po sufit, zastawione słoikami i flakonikami o różnych kształtach i rozmiarach, wypełnionych różnokolorowymi płynami. W niektórych pływały części ciał zwierząt lub zamarynowane rośliny. Całą prawą ścianę zajmowała meblościanka, a w rogu znajdowały się wąskie drzwi. Na środku pomieszczenia stał długi blat, wyższy niż zwykły stół, tak, by wygodnie się przy nim warzyło i przygotowywało składniki. Pod przeciwległą ścianą natomiast ustawiono niższy blat, na którym leżały różne kociołki, noże, odważniki i inne przyrządy do przygotowywania ingredientów.
Bez wątpienia było to królestwo godne prawdziwego mistrza eliksirów. Przez dłuższą chwilę nie mogłam wyjść z podziwu i rozglądałam się z zachwytem po pomieszczeniu.
Moje spojrzenie padło w końcu na Snape’a stojącego za blatem i zorientowałam się, że przygląda mi się badawczo. Odchrząknęłam speszona i spuściłam wzrok.
Zgaduję, że masz do mnie pytania wyręczył mnie, odzywając się pierwszy.
Tak przyznałam zdawkowo.
Wskazał mi jedno z wysokich krzeseł stojących po mojej stronie stołu.
Usiądź.
Bez słowa, wolnym krokiem ruszyłam w kierunku krzesła i wykonałam jego polecenie.
Niestety wybrałaś dość słaby moment – powiedział, ledwo zdążyłam usiąść. Spojrzał na zegarek. Muszę wyjść za pół godziny. Nie będzie mnie przez kilka dni. Nasza rozmowa będzie musiała poczekać.
Skinęłam, milcząc. Nie wiedziałam, co miałabym powiedzieć, ale poczułam się trochę zawiedziona tą wiadomością. Z jakiegoś powodu ubzdurałam sobie, że został wyznaczony do opieki nade mną i powinien z niecierpliwością wyczekiwać mojej decyzji, a następnie poświęcić całą swoją uwagę właśnie mnie. Najwyraźniej jednak miał również inne zadania.
Ale mamy jeszcze chwilę kontynuował. Skoro tu jesteś, spodziewam się, że czujesz się już lepiej i podjęłaś jakąś decyzję.
Znów tylko kiwnęłam głową.
W takim razie z chęcią poznam werdykt, żeby móc zaplanować dalsze działania oznajmił, mrużąc oczy i znów przeszywając mnie badawczym spojrzeniem.
Chciałabym poznać jakieś szczegóły, zanim ostatecznie się zdecyduję, ale chyba nie pozostało mi nic innego, jak podjąć z wami współpracę powiedziałam ostrożnie.
Zawsze istnieje jakiś wybór odpowiedział zdawkowo. Wyraz jego twarzy nie zmienił się ani o jotę. Nie miałam pojęcia, co tak naprawdę myśli o mojej decyzji. Czy poczuł ulgę? Czy była dla niego satysfakcjonująca? Kim w ogóle był i jaką odgrywał rolę w tym wszystkim?
Szczegóły przedstawię ci w takim razie zaraz po powrocie. W międzyczasie liczę na twoją cierpliwość. Czy masz do mnie jakieś pytania niecierpiące zwłoki?
Gdzie jesteśmy? zapytałam natychmiast.
Spinner's End 16 Londyn odpowiedział.
A więc jestem teraz bliżej tych, którzy mnie szukają, niż kiedykolwiek zauważyłam.
Tym razem to on przytaknął.
W zasadzie pod samym nosem Czarnego Pana uściślił.
Skąd w takim razie przypuszczenie, że jestem tu bezpieczna?
Uniósł lekko brwi, znów przyglądając mi się nieodgadnionym wzrokiem.
Stąd, że jestem jednym z jego najważniejszych śmierciożerców.
Zatkało mnie na chwilę i irracjonalny lęk wstrząsnął moim ciałem. Przywołałam się do porządku, przypominając sobie, że to przecież właśnie on uratował mnie przed śmiercią. Oznaczało to zapewne po prostu, że był agentem Zakonu wśród ludzi Voldemorta. Odczekałam chwilę i odezwałam się dopiero, kiedy byłam już znów opanowana.
No cóż. Nie wiem, dlaczego założyłam, że należysz do Zakonu Feniksa.
Należę odpowiedział. To znaczy… należałem. To skomplikowane sprostował.
Zmarszczyłam brwi, znów nic nie rozumiejąc, jednak Snape nie rozwinął wypowiedzi.
To znaczy? nacisnęłam.
Nie spieszył się z odpowiedzią, jakby rozważał, czy w ogóle mi jej udzielić. W zamyśleniu pogładził się po brodzie. Być może uznał jednak, że od tego może zależeć moja chęć współpracy, bo po chwili pospieszył z wyjaśnieniami. Miałam w końcu mocną kartę przetargową, co odrobinę dodawało mi pewności siebie na tym zupełnie nowym gruncie.
Zakon nigdy nie ufał mi całkowicie. Wielu jego członków nie wierzyło w moje nawrócenie, ponieważ w pierwszej kolejności byłem śmierciożercą rzekł w zadumie. Potem sytuacja wymagała ode mnie działań, w wyniku których utraciłem resztki autentyczności w oczach Zakonu, ale dowiodłem swojej rzekomej wierności wobec Czarnego Pana. W związku z tym dziś Zakon nie wie już, że nadal działam po ich stronie, ale razem z Dumbledorem uznaliśmy, że jest to dobre posunięcie, warte swojej ceny. Zajmuję się więc sprawami, które wymagają szczególnej dyskrecji, między innymi czuwaniem nad twoim zadaniem. Im mniej osób jest w to wtajemniczonych, tym bezpieczniej.
Jego słowa brzmiały szczerze. Chociaż nadal brakowało mi kilku istotnych szczegółów, wszystko zdawało się mieć sens. Rozważałam to, co powiedział, zastanawiając się, czy mogłam zapytać o pozostałe zadania, którymi się zajmował, lub okoliczności, które przekreśliły zaufanie Zakonu.
Coś jeszcze chciałabyś wiedzieć? ponaglił mnie, delikatnie sugerując zmianę tematu.
Odrzuciłam więc pytania, wokół których krążyły moje myśli, rozumiejąc, że póki co nie zamierza zdradzić mi więcej szczegółów. Miałam nadzieję wrócić do tego w przyszłości. Zastanowiłam się, o co jeszcze zapytać. W zasadzie uważałam, że większość moich pytań jest niecierpiąca zwłoki, poczynając od pytania o to, gdzie się wybierał w najbliższych dniach, aż po szczegóły wojny i mojej w niej roli. Wybrałam jednak coś innego.
Mój pokój. Zawahałam się. Czy to moja mama go urządzała?
Tak naprawdę domyślałam się odpowiedzi, ale i tak poczułam bolesne ukłucie, gdy potwierdził moje przypuszczenia:
Tak.
Od kiedy? Jak długo wiedziała, że to się tak skończy? wydusiłam przez ściśnięte gardło. Dlaczego nie zrobiła nic, żeby temu zapobiec? Ostatnie pytanie dodałam już w myślach, bo, tak naprawdę, to nie Snape był jego adresatem.
Mężczyzna przyglądał mi się przez chwilę, jakby znów namyślał się nad odpowiedzią. Wydawało mi się, że kalkulował, jaki jest mój stan psychiczno-emocjonalny i ile jestem w stanie znieść. Równie dobrze mógł być to jedynie mój wymysł, ponieważ jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Zniecierpliwiłam się, czekając, aż się odezwie. Prawdę mówiąc, jego stoicki spokój zaczynał działać mi na nerwy.
Jeśli śmierciożercy pragną czyjejś śmierci, prędzej czy później do tego dojdzie – oznajmił beznamiętnie. Poruszyłam się niespokojnie, przypominając sobie, że przecież również znajdowałam się na ich czarnej liście. Nie uważam się za specjalistę do spraw decyzji podjętych przez twoją matkę kontynuował powoli, jakby ważąc słowa. Zdawało mi się, że w jego tonie zabrzmiała szydercza nuta. Ale znała dobrze śmierciożerców, więc oczywiście wiedziała o tym. Razem ustaliliśmy plan, który pozwalał na uratowanie ciebie, w związku z czym musiała brać pod uwagę taki rozwój wypadków.
Dlaczego pozwoliła im się zabić? Nie mogliście zrobić czegoś, żeby uratować również ją? wyrzuciłam z siebie, zanim zdążyłam się powstrzymać. W moim głosie wyraźnie słychać było pretensję. Oddychałam szybciej i ręce zaczęły mi drżeć, więc zacisnęłam je na kolanach.
Snape nie przejął się moim oskarżycielskim tonem. Na jego twarzy nie było cienia współczucia, a gdy się odezwał, mówił obojętnie. Absurdalnie skojarzył mi się z uzdrowicielem informującym pacjenta o złych wynikach badań. Zachowywał się jak profesjonalista, dla którego prywatne dramaty klientów nie mają większego znaczenia.
Dumbledore proponował twojej matce pomoc i ochronę od Zakonu, a ja wiele razy ponawiałem tę propozycję w późniejszym czasie. Jednak ona nie słuchała ani mnie, ani nikogo innego. Sądziła, że poradzi sobie sama, co zresztą bardzo dobrze jej wychodziło przez większość czasu — przyznał, jakby od niechcenia wyrażając swoje uznanie dla wyczynu mojej mamy. — Taki obrót sprawy ma jednak pewien znaczący plus. Śmierciożercy wykonali zlecenie i zabili twoją matkę, wierząc, że nie miała ona dzieci. Dzięki temu nikt nie szuka już ciebie. A przynajmniej nie łączy cię z twoją matką.
Czułam się oszołomiona, choć nie byłam pewna, co bardziej wyprowadzało mnie z równowagi. To, co mówił, czy sposób i łatwość, z jaką o tym opowiadał. Właśnie wprost powiedział mi, że mama oddała życie, żebym była bezpieczna. W głębi duszy zdawałam sobie z tego sprawę, ale mimo to dosadne wyrażenie tego przez obcego człowieka, na dodatek w tak wyprany z emocji, wyrachowany sposób, wstrząsnęło mną.
Mama w tajemnicy przede mną spotykała się z tym mężczyzną przez miesiące. Z namysłem urządziła dla mnie miejsce w jego domu i stworzyła niezawodny plan uratowania mnie przed śmierciożercami, wysyłając po mnie jednego z nich, prawdopodobnie kogoś na kształt podwójnego agenta. Wiedziałam, że z kimś spiskuje, ale nic nie mówiłam. Nie miałam odwagi, żeby ją o to zapytać. Ufałam, że w odpowiednim czasie wszystko mi wyjaśni, jednak ten czas nigdy nie nastał. Gdybym tylko zdawała sobie sprawę, że zamierza poświęcić siebie, żeby oddalić ode mnie pościg wroga...
Wybacz, ale muszę się już zbierać oznajmił po chwili Snape, wyrywając mnie z zamyślenia.
Jasne odparłam szybko.
Niestety musisz stąd wyjść. To pomieszczenie jest tak zabezpieczone, że tylko ja mam do niego dostęp. Później zmienię to, żebyś mogła wejść beze mnie. Ale to gdy już zaczniesz warzyć powiedział i obszedł stół, kierując się do wyjścia.
Warzyć? Zmarszczyłam brwi, czujna na wszelkie wzmianki o moim tajemniczym zadaniu. Co niby miałabym tu warzyć? W jaki sposób wiązało się to z moim udziałem w wojnie? Nie zdążyłam się nad tym jednak zastanowić, ponieważ Snape ponaglił mnie znaczącym chrząknięciem. Stał już przy drzwiach, wskazując mi je ręką.
Zerwałam się z krzesła i wyszłam na korytarz. Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz, machnął różdżką, a drzwi do laboratorium zniknęły. Za nami znajdowała się teraz pusta ściana.
Pozwól ze mną. Pokażę ci parter powiedział. Podążyłam za nim do końca kamiennego korytarza, a potem w górę stromymi schodami.
Przeszliśmy przez drzwi i znaleźliśmy się w niskim, małym salonie, do którego teleportowaliśmy się po ucieczce przed śmierciożercami. Poczułam się nieswojo, gdy znów znalazłam się w tym pomieszczeniu. Dopiero teraz naprawdę się mu przyjrzałam. Był to pokój równie ponury jak podziemie. Okna zasłonięto grubymi kotarami blokując dostęp letniego słońca. Jedyne światło pochodziło ze świec palących się w zakurzonym, pokrytym pajęczynami lichtarzu wiszącym pod sufitem. Znajdowało się tu niewiele mebli, jedynie stara kanapa, fotel i mały stolik. Widać było tylko jedne drzwi na przeciwległej ścianie, wyglądające na frontowe, a wszystkie pozostałe ściany z wyjątkiem dwóch okien zastawiono regałami pełnymi książek. Pomyślałam, że nigdy wcześniej nie widziałam równie dziwnego pomieszczenia.
Snape skierował się na lewo i otworzył kolejne ukryte za regałem drzwi.
Tutaj jest kuchnia i spiżarnia powiedział wskazując wnętrze. Jedzenia jest wystarczająco, nie powinno ci zabraknąć podczas mojej nieobecności. Wolałbym, żebyś w tym czasie nie opuszczała domu.
Mimo spokojnego tonu głosu było w tej wypowiedzi coś, co sprawiło, że miałam pewność, że nie odważę się zlekceważyć jego polecenia. Nie mogłam określić, co to takiego.
Podeszłam bliżej i rzuciłam okiem na jeszcze mniejsze pomieszczenie niż salon, które stanowiło starą i brzydką kuchnię.
       Po drugiej stronie jest toaleta kontynuował Snape. Jest również poddasze. Znajdują się tam tylko dwa pokoje gościnne. Z parteru możesz korzystać do woli, a na dole masz do dyspozycji swoją sypialnię. Tym razem zrozumiałam między wierszami, że nie wolno mi zwiedzać pozostałych pomieszczeń piwnicy. W tej chwili muszę już iść. Powinienem być z powrotem za jakieś dwa dni.
Po raz kolejny spojrzał na zegarek. Machnął w powietrzu dwa razy różdżką, a potem bez słowa wyjaśnienia skierował się do drzwi frontowych. Z ręką na klamce spojrzał na mnie przez ramię i dodał po chwili wahania:
Czuj się jak u siebie. Do zobaczenia.
Po czym po prostu wyszedł.
Na razie odpowiedziałam, patrząc na drzwi, które się za nim zamknęły.
Po raz kolejny zostałam sama. Stałam skonfundowana sposobem, w jaki zniknął już po raz drugi, od kiedy tutaj przybyłam. Strasznie dziwny był z niego człowiek.
Rozejrzałam się ponownie po saloniku, po czym przeszłam do kuchni, zauważając, że jestem całkiem głodna. Wizja normalnego, nietransmutowanego jedzenia sprawiła, że mój żołądek jeszcze wyraźniej domagał się pożywienia.
Kuchnia była bardzo malutka. Po prawej stronie od wejścia znajdowały się szafki, blat ze zlewem i kuchenką gazową, który zakręcał w rogu w kształt litery L i biegł dalej pod małym oknem. Tuż obok niego znajdowały się drzwi z szybą, wychodzące na zapuszczony ogród. Pod ścianą po lewej stronie stał prostokątny stół, przylegający do niej dłuższym bokiem, a przy nim cztery krzesła. Na ścianie wisiał drewniany, okrągły zegar, wskazujący w tej chwili południe. Za stołem po lewej zauważyłam wąskie i dość niskie drzwiczki prowadzące, jak się domyśliłam, do spiżarni. Cała kuchnia była szara i ponura, podobnie jak salon sprawiała wrażenie nieużywanej.
Przeszłam wolnym krokiem w kierunku spiżarni, po drodze uchylając okno, by wpuścić trochę świeżego powietrza. Spiżarnia okazała się niespodziewanie dużym pomieszczeniem, pokrytym półkami od podłogi aż po sufit.
Bez większego problemu znalazłam chleb i coś do obkładu, po czym wróciłam do kuchni. Wstawiłam wodę na herbatę i zabrałam się za szykowanie kanapek.
Gdy mój żołądek był już pełny, nie bardzo wiedziałam, co miałabym dalej ze sobą zrobić. Wizja powrotu do pokoju pod ziemią mnie odrzucała. Patrząc przez okno w kierunku ogrodu, pomyślałam, że trochę świeżego powietrza dobrze by mi zrobiło, i zaczęłam się zastanawiać, czy wyjście na ogród również zalicza się do zakazanego "opuszczenia domu". Po dłuższej chwili namysłu stwierdziłam, że w zasadzie nadal pozostanę na posesji, także to się chyba nie liczyło. A nawet jeśli, to przecież mój gospodarz nie mógł tego sprawdzić.
Mimo to czułam się, jakbym robiła coś zakazanego, gdy wyszłam przez kuchenne drzwi prosto na trawnik, którego wyraźnie nikt od dawna nie strzygł. Blask i ciepło lipcowego słońca sprawiły jednak, że od razu poczułam się lepiej. Był naprawdę piękny, letni dzień, nieba nie przysłaniała ani jedna chmurka.
Ogród okazał się równie mały i dziwaczny jak cały dom. Dosłownie kilka metrów od tylnych drzwi rosły wysokie krzewy, tworzące nienaturalnie równy żywopłot. Po obu stronach, jako przedłużenie bocznych ścian domu, ciągnął się wysoki mur, porośnięty bluszczem i mchem. Ponad nim widniały sąsiednie domy, w szeregowej zabudowie.
Ruszyłam w lewo, postanawiając zrobić sobie chociaż imitację spaceru na tej niewielkiej powierzchni. Wolnym krokiem doszłam aż pod mur i zawróciłam, kierując się w przeciwną stronę. Im dłużej przyglądałam się roślinności ogrodu, tym bardziej dziwna mi się wydawała. Dopiero, gdy dotarłam do drugiego końca posesji, dostrzegłam coś, na co wcześniej nie zwróciłam uwagi. Tuż przy samym murze roślinność jakby przerzedzała się, tworząc wąskie przejście. Nie było tu żadnej ścieżki, trawa rosła tak samo gęsto, jak w całym ogrodzie. Nagle to również wydało mi się nienaturalne, wyglądało, jakby nigdy nikt tu nie chodził.
Niewiele myśląc, zrobiłam kilka kroków i przecisnęłam się przez wąskie przejście, plecami dotykając zimnego kamiennego ogrodzenia i starając się przy tym uniknąć kontaktu z dziwnymi krzakami, które z jakiegoś powodu wzbudzały moją nieufność.
Moim oczom ukazał się zaskakujący widok. Znalazłam się w dalszej części ogrodu. Rosło tu mnóstwo różnych drzew i krzewów, tworzących magiczny labirynt. Tutaj również nic nie było naturalne, a wręcz chorobliwie uporządkowane.
Oniemiała ruszyłam wolno wąską, brukowaną ścieżką, mijając rząd niskich grządek. Poznałam kilka magicznych roślin, ale większość widziałam pierwszy raz w życiu. Przyglądałam im się z zainteresowaniem, ponieważ zawsze miałam słabość do zielarstwa. Magiczna flora fascynowała mnie, od kiedy pierwszy raz przekroczyłam próg szklarni w Beauxbatons. Niestety nie był to zbyt przyszłościowy przedmiot w mojej szkole. Uczyła nas starsza, poczciwa pani profesor, która zupełnie nie potrafiła zapanować nad klasą. W ten sposób jej lekcje stały się czasem na nadrabianie zadań domowych, dzielenie się plotkami lub ćwiczenie innych rzeczy. Jednak co jakiś czas odwiedzałam szklarnię po południu i pomagałam pani Molisson przy pielęgnacji roślin, zdobywając dodatkową wiedzę i umiejętności.
Mimo tego, że znałam się na zielarstwie, nie potrafiłam nazwać większości znajdujących się w tym ogrodzie okazów. Szybko zorientowałam się po tym, jak dwa razy zawróciłam że ścieżka wiedzie wężykiem między rzędami roślin. Na samym początku były to niskie grządki, a potem z każdym zakrętem rośliny stawały się coraz wyższe. W końcu zaczęły sięgać ponad moją głowę i poczułam się trochę nieswojo, nie wiedząc co czeka mnie za następnym zakrętem.
Wydałam zduszony okrzyk i zatrzymałam się w miejscu, gdy skręciwszy po raz kolejny, ujrzałam małą szklarnię. Stała między drzewami i krzakami, ale wyglądała na używaną. Wiedziona instynktem, postanowiłam zajrzeć do środka.
Zrobiłam kilka kroków, gdy nagle coś zaszeleściło za moimi plecami. Podskoczyłam i obróciłam się na pięcie, wyciągając różdżkę, gotowa stawić czoła niebezpieczeństwu.
Spomiędzy krzaków wyskoczył w moim kierunku czarny kot i zamiauczał cicho, zbliżając się do mnie. Machnęłam w powietrzu różdżką, ale nic się nie wydarzyło i dopiero wtedy odrobinę się rozluźniłam, będąc pewną, że to zwyczajny kot, a nie żaden animag.
Jesteś po prostu kotem mruknęłam bardziej do siebie i powoli przykucnęłam, wyciągając dłoń w stronę zwierzęcia. Nie zbliżył się do mnie. Spoglądał uważnym, kocim wzrokiem na moją wyciągniętą dłoń, ale trzymał się na dystans. Zrezygnowałam i wyprostowałam się. Dla pewności jeszcze chwilę przyglądałam się kotu.
W końcu znów przeniosłam uwagę na swoje wcześniejsze odkrycie. Ostrożnie podeszłam do drzwi szklarni i pchnęłam je. Ku mojemu zaskoczeniu ustąpiły od razu. Weszłam do środka i natychmiast otoczyło mnie ciężkie do wytrzymania gorąco. Na zewnątrz było bardzo ciepło, a w szklarni jeszcze kilka stopni więcej i żadnego przepływu powietrza. Mimo to ruszyłam przed siebie, ciekawa, co znajdę tutaj. Nie spotkałam jednak nic zaskakującego. Po prostu kolejne okazy roślin rosnących pod ścianą szklarni, wysadzonych w podłużnych donicach i ustawionych na specjalnych stelażach na środku lub podwieszonych pod sufitem. Wszystko było zadbane i wypielęgnowane.
Z niemałą ulgą wydostałam się z tego dusznego miejsca i odetchnęłam głęboko świeżym powietrzem. Kot czekał na mnie nieopodal wejścia do szklarni, zajęty myciem swoich łapek. Rozejrzałam się jeszcze raz wokół. Brukowana ścieżka kończyła się przy szklarni. Dalej znajdowało się jeszcze kilka drzew, gęsto zarośniętych przez krzewy, ale mimo to można było dojrzeć koniec posesji.
Dziwny ogród powiedziałam do kota. Mieszkasz tu? dodałam.
Przyglądałam mu się przez chwilę, jakbym się spodziewała, że coś mi odpowie. W końcu ruszyłam z powrotem w stronę domu, a kot powędrował za mną.  
Nie mając nic innego do roboty, postanowiłam rozejrzeć się również po domu. Pierwszym pomieszczeniem, do którego trafiłam, był ten dziwaczny salonik, w którym moje zainteresowanie przykuła biblioteczka. Ruszyłam wolno wzdłuż regału, przyglądając się grzbietom starych ksiąg. Bardzo niewiele z nich miało wypisany tytuł.
Sięgnęłam po jedną z nich na chybił trafił. Miała czarną oprawę, jak większość znajdujących się tutaj książek, i sporo ważyła. Na okładce również nie widniał tytuł. Odnalazłam go dopiero na drugiej stronie. "Czarnomagiczne zaklęcia ochronne", przeczytałam i przez chwilę wpatrywałam się w te słowa. Następnie przekartkowałam księgę, zatrzymując się na chwilę na spisie treści, po czym odłożyłam ją na półkę. Powtórzyłam ten zabieg z kilkoma innymi, losowymi książkami i trafiłam na tytuły takie jak "Zastosowanie czarnej magii, Tom I", "Nieznana historia czarodziejów", "Czarna magia w eliksirach", "Najrzadsze magiczne rośliny", "Sekrety białej i czarnej magii" oraz "Transmutacja zaawansowana". Szybko zauważyłam, że również tutaj panował porządek, dlatego dbałam, żeby odkładać książki na swoje miejsce. Regały były tematyczne. W zasadzie nie istniała chyba dziedzina magii, na temat której nie można by znaleźć książki w tym zbiorze. Spora część dotyczyła eliksirów, prawie równie duża zielarstwa, uprawiania roślin i ich zastosowania w miksturach, ale zdecydowanie najwięcej książek miało związek z czarną magią i mówiło o możliwościach jej użycia w innych dziedzinach. Ktoś, kto przeczytał to wszystko na pewno był wykształconym czarodziejem.
Usiadłam na kanapie, przyglądając się w zamyśleniu biblioteczce. Nie potrafiłam do końca sprecyzować swoich odczuć. Instynktownie obawiałam się czarnej magii, jednak w rzeczywistości nigdy wcześniej się z nią nie zetknęłam i nie miałam o niej pojęcia. W Beauxbatons nie mieliśmy zajęć na ten temat. Mama ani ciotka Jasmine nie nauczyły mnie nigdy żadnego czarnomagicznego zaklęcia, przynajmniej tak mi się wydawało. Nie potrafiłam określić swojego stosunku do czarnej magii. Czy można było uznać ją za złą z definicji? Czy w dobrych rękach mogła być… no cóż, dobra? A może budziła mój niepokój głównie ze względu na to, że stanowiła dla mnie coś zupełnie nieznanego.
Zwiedzenie domu skłoniło mnie do rozmyślań na temat jego właściciela. Skarciłam się w myśli za zaskoczenie, w jakie wprawiło mnie odkrycie niezaprzeczalnej fascynacji gospodarza czarną magią. Powinnam się tego spodziewać, w końcu wiedziałam, że jest on śmierciożercą.
Odkryłam również inną cechę mojego opiekuna. Wszystkie ważne rzeczy: składniki eliksirów w laboratorium, rośliny w ogrodzie i książki były wręcz pedantycznie poukładane; a jednocześnie w pozostałych częściach domu panował bałagan. Blaty w kuchni i meble w salonie pokrywał kurz, jakby nikt ich nie sprzątał i rzadko ktokolwiek z nich korzystał. Odniosłam wrażenie, że właściciel mieszkał tutaj tylko tymczasowo lub był tak pochłonięty eliksirami i innymi swoimi tajemnymi zajęciami, że nie miał czasu zaprzątać sobie głowy takimi błahostkami jak sprzątanie.
No cóż. Ja jednak w przeciwieństwie do Snape’a nie byłam tak zajęta, podjęłam więc decyzję, że zajmę się ogarnianiem domu. Wydawało się to być wymarzonym zajęciem dla zabicia czasu. Mimo że zamierzałam wspomóc się magią, zyskałam zadanie na długie godziny. Dzięki temu dzień jakoś mi minął, a fizyczne zmęczenie pomogło w zaśnięciu.
Kładąc się wieczorem spać, myślałam o wszystkim, co odkryłam w tym dziwnym domu. Tajemne laboratorium eliksirów, ukryty ogród pełen roślin, będący wygodnym źródłem potrzebnych ingredientów oraz obszerna biblioteczka wypełniona księgami o czarnej magii stanowiły dosyć przerażające połączenie. Zrozumiałam, że Snape to prawdziwy śmierciożerca, a nie, jak wcześniej pomyślałam, agent, który jedynie udawał. Może i moja matka miała coś wspólnego z tym środowiskiem, ale w niczym nie przypominała Snape’a. Potrafiła sprawnie posługiwać się zaklęciami, ale nie należała do wybitnych czarodziejów. W zasadzie nie skończyła szkoły i nie interesowała się czarną magią, która należała raczej do zaawansowanych czarów. Nigdy nie zrobiła niczego, co wskazywałoby na jakiekolwiek powiązanie ze śmierciożercami. Gdyby sama mi tego nie powiedziała, pewnie bym w to nie uwierzyła.
Snape to zdecydowanie coś innego. Wyglądało na to, że miał coś wspólnego z zakazanymi sprawami, o których bałam się nawet myśleć. Magia stanowiła jego codzienność, zupełnie jak w przypadku moich nauczycieli w Beauxbatons. Zajmował się poważnie eliksirami, poza tym znał się również na czarnej magii i naprawdę się nią pasjonował.
Dom był ponury i mroczny, zdawało się, że gospodarz lubił takie klimaty. Ważne miejsca ukryto i zabezpieczono przed intruzami, co nie dziwiło, biorąc pod uwagę, czym zajmował się właściciel, ale jednocześnie kazało mi przypuszczać, że posiadał wiele tajemnic. Ta myśl nie ucieszyła mnie za bardzo. To, czego w tej chwili chciałam zdecydowanie uniknąć, to więcej sekretów.
Czy mama wiedziała o nim to wszystko? Jak dobrze się znali? Czy naprawdę mogłam ufać komuś, kto sprawiał wrażenie wzorowego śmierciożercy? Co takiego mogło się stać, że zmienił front? Nie dziwiło mnie, że ludzie, którzy go znali, wątpili w autentyczność jego nawrócenia. Czy ktoś, kogo w takim stopniu fascynowała czarna magia, mógł naprawdę porzucić swoją naturę, a wiedzę wykorzystywać w słusznej sprawie? I, przede wszystkim, gdzie się w tej chwili podziewał?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz