23 stycznia 2017

Przeznaczona. Rozdział 2: Samotność

Betowała: Katja
"Falling down so heavy
This hard lay down on the ground
Fate glimmer once steady
Where are you now?
Someone tell me how to feel
Someone tell me what is real"


Aportowaliśmy się wewnątrz jakiegoś domu, ale nie byłam w stanie zarejestrować nic więcej ani zwrócić uwagi na szczegóły wnętrza. Zaczęłam się wyrywać mojemu wybawcy, mamrocząc coś niezrozumiałego, sama już nie wiedziałam co. Musiałam jednak wzywać pomocy, bo czyjeś ramiona obróciły mnie wokół własnej osi i stojący przede mną mężczyzna zawołał, potrząsając mną lekko:
Już w porządku. Jesteś bezpieczna.
Zamrugałam szybko. Nie znałam tego człowieka, pierwszy raz w życiu widziałam go na oczy.
Moja mama wydusiłam oszołomiona, ponieważ to było jedyne, na czym mogłam skupić myśli, jedyne, co się w tej chwili liczyło.
Nie żyje odpowiedział.
Miałam wrażenie, jakby te dwa proste słowa, wypowiedziane sucho, bez oznak jakichkolwiek emocji, uderzyły mnie fizycznie.
Nie wykrztusiłam drżącym głosem. Jąkałam się, nie wiedząc, co właściwie chciałabym powiedzieć. Ból, gorszy i zupełnie różny od fizycznego, rozerwał nagle moją klatkę piersiową. Czułam się, jakby ktoś próbował wyrwać moje wnętrzności. Gwałtowny szloch wstrząsnął moim ciałem.
Nie! krzyknęłam i wyrwałam się z jego uścisku. Zatoczyłam się niebezpiecznie, ledwo utrzymując się na nogach. Wyszarpnęłam różdżkę z kieszeni z zamiarem teleportowania się z powrotem do mieszkania, z którego chwilę temu uciekliśmy.
Zanim jednak zdążyłam mrugnąć, zostałam rozbrojona. Moja różdżka wylądowała w dłoni stojącego przede mną nieznajomego. Niewiele myśląc, bez kalkulacji swoich szans, rzuciłam się w jego stronę, chcąc odebrać moją własność, uciekając się do rękoczynów. W połowie drogi natrafiłam jednak na niewidzialną przeszkodę, od której odbiłam się boleśnie i wylądowałam na ziemi.
Natychmiast zerwałam się z powrotem na nogi, podejmując kolejną próbę ataku, gdyż wyczarowana przez niego tarcza zniknęłam pod wpływem zderzenia. I tym razem wszystko zakończyło się niepowodzeniem.
Za sprawą kolejnego zaklęcia zostałam odepchnięta do tyłu, aż do ściany, pod którą zawisłam w powietrzu, unieruchomiona. Chciałam krzyczeć, uderzać, walczyć, ale nie mogłam się nawet ruszyć. Straciłam wszelką władzę nad swoim ciałem. Łzy rozpaczy i wściekłości spływały obficie po moich policzkach. Czułam się, jakbym za chwilę miała oszaleć z bólu, spowodowanego śmiercią mamy. Nie sądziłam, bym wcześniej doświadczyła czegoś równie potwornego.
Juliette, nie chcę tego robić i dla ciebie zapewne też nie jest to komfortowe odezwał się do mnie po imieniu nieznajomy mężczyzna. Nie masz różdżki i jestem od ciebie silniejszy, więc przestań się na mnie rzucać powiedział cierpliwym tonem. Twoja matka zrobiła wszystko, co mogła, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo, więc nie możesz zaprzepaścić jej trudu.
Ciężko mi było skupić się na sensie jego słów. Wpatrywał się we mnie przez chwilę, po czym oznajmił:
Uwolnię cię teraz, ale naprawdę musisz się opanować.
Zanim zdążyłam to przemyśleć, cofnął zaklęcie i runęłam ku podłodze. Padłam na kolana.
Nie… mamo… nie. Proszę… wymamrotałam coś nieskładnie przez łzy, gdy tylko odzyskałam głos. Masowałam wykręcone przy upadku nadgarstki. Nie miałam siły się podnieść. Nie byłam w stanie zebrać swoich myśli.
Weź to.
Nawet nie zauważyłam, kiedy mężczyzna do mnie podszedł. Wyciągał w moim kierunku mały flakonik z jakimś eliksirem. Niewiele myśląc, agresywnym gestem trąciłam jego rękę. Buteleczka wypadła mu z dłoni i potoczył się po podłodze. Nie zamierzałam dać się faszerować nieznanymi eliksirami temu obcemu człowiekowi.
Oddalił się, ale nie obchodziło mnie, dokąd poszedł. Do mojej świadomości docierało to, co się wydarzyło. Mama zginęła. Widziałam to na własne oczy. Nie potrafiłam wyrzucić z głowy tego strasznego obrazu. Znów zaniosłam się płaczem. Wpadłam w rozpacz.
Siedziałam na podłodze w tym nieznanym mi miejscu, wstrząsana niekontrolowanym szlochem. Płakałam i płakałam. Miałam wrażenie, że trwało to całą wieczność. Nie wiedziałam, co innego miałabym robić. Zostałam pozbawiona nawet różdżki. Bredziłam do siebie przez łzy, na zmianę wyznając mojej matce miłość i przeklinając ją. Błagałam by wróciła, żeby mnie nie zostawiała. Chciałam umrzeć. Ból w mojej piersi był nie do zniesienia.
Nie miałam pojęcia, ile czasu minęło, mogły to być minuty albo godziny, ale w końcu mój wybawiciel znów pojawił się obok mnie. Odniosłam wrażenie, że dłuższy czas nie było go w pomieszczeniu.
Chodź, Juliette powiedział łagodnie i stanowczym, a jednocześnie delikatnym ruchem podniósł mnie za ramiona i postawił na nogi. Próbowałam zaprotestować. Moje zdrętwiałe od niewygodnej pozycji ciało odpowiedziało bólem na ten nagły ruch. Zanim zdążyłam wyrazić swoją niechęć do jakiejkolwiek zmiany, mężczyzna posadził mnie na kanapie. Poczułam ulgę, ponieważ nie byłam pewna, czy dałabym radę ustać o własnych siłach.
Na stoliku przede mną znajdował się kubek, z którego unosiła się para. Nieznajomy wyciągnął z kieszeni chusteczki i je również położył na stole. W milczeniu zajął miejsce w fotelu naprzeciwko mnie i wziął kilka łyków ze swojego kubka.
Sięgnęłam po chusteczki i wytarłam twarz. Następnie, po chwili wahania, chwyciłam również naczynie i, ściskając je w obu dłoniach, upiłam delikatnie mały łyk. Była to ziołowa herbata. Mój oddech nadal był płytki i urywany, nie czułam się ani trochę lepiej, ale spróbowałam zebrać myśli.
Po raz pierwszy przyjrzałam się dokładniej swojemu wybawcy. Z pewnością nigdy w życiu go nie spotkałam. Był mniej więcej w wieku mojej mamy, kilka zmarszczek zdobiło jego bladą twarz. Miał długie, czarne i raczej zaniedbane włosy, kontrastujące z jasną karnacją, które opadały po obu stronach głowy, tworząc odrobinę komiczną kurtynę. Uważne spojrzenie ciemnych oczu zdawało się przeszywać mnie na wylot. Miał na sobie czarną szatę czarodzieja. Jego aparycja i postawa nie budziły we mnie zaufania. Wręcz przeciwnie. Gdybym spotkała kogoś takiego wieczorem na ulicy, z pewnością minęłabym go szybkim krokiem i oglądała się za siebie z niepokojem.
Odstawił swój kubek i wyciągnął z kieszeni ten sam flakonik, który próbował mi dać wcześniej. Przesunął go po stoliku w moim kierunku.
To eliksir uspokajający wyjaśnił cicho. Pomoże ci.
Jestem spokojna warknęłam przez zęby. Nie mogłam być mniej przekonująca, ale nie odniósł się do tego w żaden sposób. Nie nalegał też, żebym spożyła eliksir.
Kim ty w ogóle jesteś? zapytałam opryskliwie, łypiąc na niego spode łba.
Nazywam się Severus Snape. Brzmiała odpowiedź. Nic mi to nie mówiło, uniosłam więc wyczekująco brew.
Jestem zawahał się na krótką chwilę, jakby szukał odpowiedniego słowa znajomym twojej matki, nazwijmy to w ten sposób.
Przyglądałam mu się w milczeniu.
To z tobą spotykała się nocami przez ostatnie miesiące, tak? zapytałam. Uniósł brew w zainteresowaniu, zdawał się odrobinę zaskoczony moją wiedzą na ten temat. Owszem, zauważyłam, nie jestem ślepa dodałam znów trochę niegrzecznie. Łączyło was coś więcej? zapytałam niepewnie.
Lekki szyderczy uśmiech wykrzywił jego usta.
Nie odpowiedział. Tylko sprawy służbowe.
W takim razie jesteś jednym z nich?
"Z nich" znaczy kim?
Z Zakonu sprecyzowałam.
Jestem kimś o wiele lepiej poinformowanym niż przeciętny członek Zakonu Feniksa odparł wymijająco. Niewiele z tego rozumiałam, ale skinęłam i upiłam łyk herbaty.
To byli śmierciożercy, prawda? Oni po nas przyszli podjęłam po chwili. Po mnie uściśliłam po zastanowieniu.
Tak potwierdził krótko.
Przełknęłam z trudem ślinę, po czym zadałam dręczące mnie pytanie:
Co się stało z jej ciałem?
Zajmiemy się tym odpowiedział rzeczowo. Nie musisz się o to martwić dodał.
Nie zapytałam, kim właściwie są ci "my", o których mówił. Czy miał na myśli Zakon Feniksa? Długą chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Wypiłam trzy czwarte zawartości mojego kubka. Czując, że znów zbiera mi się na płacz, zaczęłam nawet rozważać skorzystanie z jego eliksiru uspokajającego.
Co teraz? zapytałam, żeby odwrócić swoją uwagę.
Przez chwilę mierzył mnie spojrzeniem, jakby oceniał stan, w jakim się znajdowałam. Następnie z wewnętrznej kieszeni peleryny wyciągnął jakąś kopertę i podał mi ją bez słowa. Wzięłam list do ręki, łypiąc na niego nieufnie. Na kopercie nie było nic napisane. Wyciągnęłam z niej pergamin i natychmiast rozpoznałam na nim pismo mamy. Łzy napłynęły mi do oczu i ponownie moim ciałem wstrząsnął szloch.
Rozprostowałam pergamin i zaczęłam czytać:
Kochana Juliette,

Moja najdroższa, tak mi przykro… Jeśli to czytasz, to znaczy, że wszystko potoczyło się nie tak, jak miało, i już mnie przy Tobie nie ma… Przeliczyłam się. Przeliczyłam swoje siły. Przepraszam! Myślałam, że mamy jeszcze sporo czasu. Myślałam, że zdążę osobiście wszystko Ci wyjaśnić, że jeszcze długo będę z Tobą, żeby Cię wspierać i chronić. Nie udało się. Nie masz pojęcia, jak bardzo mi z tego powodu przykro.
Dobrze znasz całą historię świata czarodziejów i wojny. Wiesz wiele o Czarnym Panu, Zakonie Feniksa i o Harrym Potterze. Z mojej winy, wbrew swojej woli, jesteś w to wszystko zaangażowana.
Upadek Voldemorta jest bliski. Bardzo w to wierzę i wierzy również Zakon, który widzi Twoją rolę w całej sprawie. Podejrzewam, że to śmierciożercy oderwali mnie od Ciebie tak szybko. Sytuacja jest w takim razie naprawdę poważna, Juliette. Przepraszam! Nie chciałam do tego dopuścić. Wszystko miało być zupełnie inaczej.
Możesz ufać Severusowi i profesorowi Dumbledorowi. Będą Ci pomocni we wszystkim i jeśli zechcesz zaangażować się w wojnę, wyjaśnią Ci wszystko dokładnie.
Tak, dobrze zrozumiałaś, Skarbie. Masz wybór. Nic nie determinuje Cię do takiego czy innego postępowania, nikt nie może Cię do niczego zmusić. Zapamiętaj to dobrze. Mimo wszystko możesz zrobić, co chcesz. Możesz odmówić i uciec. Prawdopodobnie Potter prędzej czy później pokona Czarnego Pana również bez Twojego udziału. Nic nie musisz, Juliette! Ważne, żebyś to dobrze zrozumiała.
Jeśli chodzi jednak o ucieczkę, muszę powiedzieć Ci z własnego doświadczenia, że nie można uciekać wiecznie. Ale można długo. Robiłam to przez lata i zyskałam w ten sposób wiele. Przede wszystkim czas, który był mi niezbędny, żeby dojrzeć i wyjść naprzeciw mojej przeszłości.
Jednak Ty jesteś inna niż ja, dojrzalsza niż ja byłam w Twoim wieku. Tylko dlatego pozwoliłam w ogóle na to wszystko. Myślę, że jesteś na tyle dorosła, byś sama podjęła tę decyzję.        
Wybacz mi, córeczko, nigdy nie chciałam dla Ciebie takiego losu. Chciałam, żebyś miała spokojne życie i była szczęśliwa, żebyś nie musiała płacić za moje błędy. Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczysz. Dasz sobie radę, jestem pewna. Cokolwiek postanowisz, będę z Ciebie dumna i masz moje pełne poparcie.
                                                                                  Kocham Cię najbardziej na świecie!                                                                                                                                                          Mama

Przeczytałam list trzy razy, tak, jakbym mogła znaleźć w nim coś nowego, za każdym razem jednak treść była taka sama. W zasadzie nadal nie dowiedziałam się nic konkretnego.
Snape nie pospieszał mnie. W końcu, nie bardzo wiedząc, co mam dalej zrobić, opuściłam pergamin na kolana i spojrzałam pytająco na mężczyznę.
Nie musisz decydować teraz odpowiedział na moje nieme pytanie. Rozumiem, że to nie należy do łatwych decyzji, a w tej chwili potrzebujesz czasu, żeby odpocząć dodał. Nie musisz się spieszyć. Jesteś tutaj bezpieczna. Jak będziesz gotowa, wyjaśnię ci wszystko i odpowiem na twoje pytania.
Zamilkł wpatrując się we mnie wyczekująco, więc skinęłam głową.
Pozwól za mną. Pokażę ci twój pokój.
Zdziwiło mnie to sformułowanie. Jaki mój pokój? Miałam swój pokój w domu, który opuściłam pół roku temu. Ale tutaj? Gdzie w ogóle się znajdowałam?
Nie zdążyłam jednak zadać tych pytań, bo Severus wstał i podszedł do regału z książkami. Machnął różdżką i w miejscu półki pojawiły się ukryte drzwi. Otworzył je i wyszedł, nie oglądając się na mnie. Zerwałam się z kanapy i popędziłam za nim, po chwili namysłu zabierając ze sobą eliksir uspokajający.
Zbiegłam po wąskich, kamiennych schodach i znalazłam się w mrocznym korytarzu, oświetlonym światłem świec. Snape zatrzymał się przy drzwiach na końcu korytarza i czekał, aż do niego dołączę. Gdy wolnym krokiem podeszłam, pchnął stare, drewniane drzwi i wskazał mi, żebym weszła pierwsza.
Ku swojemu zaskoczeniu znalazłam się w przestronnym, ładnie urządzonym pokoju. Mężczyzna, wchodząc za mną, machnął różdżką, a natychmiast w całym pomieszczeniu zapaliły się świeczki i delikatny ogień buchnął na kominku.
Tutaj będziesz teraz mieszkać oznajmił. Znajdziesz tu prawdopodobnie wszystko, czego możesz potrzebować. Czuj się jak u siebie.
Po chwili wyciągnął moją różdżkę i podał mi. Wzięłam ją od niego machinalnie.
Nie próbuj się teleportować. Ten dom jest zabezpieczony ostrzegł.
Nie zapytałam, jak w takim razie udało nam się aportować tutaj wcześniej. Byłam kompletnie zrezygnowana i nie zamierzałam już podejmować żadnych irracjonalnych decyzji.
Intencją twojej matki było, żebyś była bezpieczna przypomniał.
Zakłuły mnie jego słowa, ale nie byłam pewna, dlaczego. Nie odezwałam się. Po chwili milczenia Snape skierował się do wyjścia, a ja odprowadziłam go wzrokiem.
W razie czego będę w pobliżu dodał już w progu, po czym opuścił pokój.
Zostałam sama. Przez długą chwilę, nadal w czymś na kształt szoku, wpatrywałam się tępo w zamknięte drzwi. A potem, czując, że nogi znów odmawiają mi posłuszeństwa, ruszyłam w kierunku małej, dwuosobowej kanapy, stojącej blisko kominka.
Osunęłam się na nią i objęłam nogi ramionami. Łzy ponownie spłynęły po moich policzkach, a moje serce rozdarł niewyobrażalny żal. Mama zginęła. Zostałam kompletnie sama. W tym momencie czułam się samotna jak nigdy wcześniej w całym swoim życiu, i to uczucie napawało mnie grozą. Nie miałam wtedy pojęcia, jak bardzo będę musiała się do tego przyzwyczaić.
***
Zmęczona wydarzeniami całego dnia i płaczem zapadłam w niespokojny sen, gdy za oknem zaczęło już robić się szaro. Snape nie pojawił się więcej ani tego wieczoru, ani następnego dnia. To był dla mnie bardzo trudny czas. Pierwszy raz w życiu znalazłam się w takiej sytuacji. Nigdy wcześniej nikt z moich bliskich nie umarł. Nie znałam swojej rodziny, więc nie przechodziłam śmierci dziadków ani nikogo innego. Nie doświadczyłam żałoby. Nikt mnie nie nauczył, jak obchodzić się z tymi uczuciami, które teraz zupełnie mnie przytłoczyły.
Byłam skołowana bólem i poczuciem beznadziejności. Nie spodziewałam się, że to tak potworne uczucie. Czułam się, jakbym ja również w jakiś sposób umarła wraz ze śmiercią mojej mamy. Nie potrafiłam przyswoić tej informacji. Nie docierało do mnie, że już nigdy więcej jej nie zobaczę. Że nigdy z nią nie porozmawiam. Że nie zadam jej tych wszystkich pytań, które na zawsze już pozostaną bez odpowiedzi.
Wiedziałam, że nie będę już tą samą osobą. Razem z mamą odeszła jakaś część mnie. Kwestią niewiadomą pozostawało, czy już zawsze miałam czuć ten ból. Czy to możliwe by kiedykolwiek minął? Mama była moją przyjaciółką, moją mentorką, moim drogowskazem. Wcześniej bym tak nie pomyślała, ale teraz gdy jej zabrakło, byłam przekonana, że nie mogę bez niej żyć. Zawsze zapewniała mi bezpieczeństwo i spokój.  Jak miałam sobie bez niej poradzić? Nie dano mi nawet szansy, żeby się z nią naprawdę pożegnać.
Nie byłam w stanie choćby pomyśleć o przyszłość, podjęcie jakiejkolwiek decyzji wydawało się zupełnie absurdalnym zadaniem. Teraźniejszość była dla mnie wystarczająco trudna. Wkładałam wszystkie swoje siły, żeby przetrwać trwającą chwilę. Miałam wrażenie, że jeśli odpuszczę chociaż na moment, to niewątpliwie rozpadnę się na kawałki. Nie umiałam wybiec myślą do przodu. Wyobrazić sobie, że kiedyś poczuję się lepiej, że będę zdolna normalnie żyć. Nic nie mogło odwrócić mojej uwagi od nieznośnego bólu rozrywającego moje wnętrzności. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało.
Ale potem bardzo powoli coś się zmieniło. Najpierw poczułam wściekłość. Przeklinałam matkę za to, że mnie zostawiła, za to, że pozwoliła im się zabić, za to, że nie wyjaśniła mi wszystkiego, gdy jeszcze był na to czas, za to, że odeszła zostawiając mnie samą z tym wszystkim. Czytając w kółko jej list, jeszcze bardziej się denerwowałam. Nie zawierał zupełnie żadnych informacji. Jej pełne żalu tłumaczenia działały na mnie, jak płachta na byka. Naprawdę tylko tyle miała mi do przekazania w swych ostatnich słowach? Kilka nic nie wnoszących zdań? Obcy ludzie chcieli włączyć mnie w wojnę przeciw najgorszemu czarnoksiężnikowi, jakiego widział świat, a ja straciłam jedyną zaufaną osobę, która coś na ten temat wiedziała. Odeszła nie wyjaśniając mi niczego.
W końcu zdołałam zacząć rozmyślać nad czekającą mnie przyszłością. Mama twierdziła, że miałam wybór, ale czy tak było rzeczywiście? Czy naprawdę mogłam zdecydować się uciekać?
Bałam się. Nadal żywo pamiętałam moment, w którym śmierciożercy pojawili się w naszym mieszkaniu, i towarzyszące mi przerażenie. Byłam pewna, że nie jestem w stanie stawić im czoła, stanąć z nimi do walki, nie mówiąc już o samym Voldemorcie. Może ucieczka nie była wcale złym pomysłem?      
Szybko doszłam jednak do wniosku, że tak naprawdę nie miałam pojęcia o rzeczywistości uciekania. Wiszące nad nami niebezpieczeństwo mama trzymała w tajemnicy przez lata. Nie miałam pojęcia, że coś nam zagraża, więc tak naprawdę nigdy nie dźwigałam tego ciężaru. Jedyne moje doświadczenie stanowiły ostatnie miesiące i wiedziałam, że nie zniosłabym tej niepewności dłużej. Szczególnie gdybym była zupełnie sama. Dokąd miałabym się udać?
Czułam zatem, że w rzeczywistości nie mam żadnego wyboru. To tylko pozór, decyzja została podjęta za mnie. Pierwszy raz dawno temu, gdy matka przespała się z moim ojcem i potem jeszcze wiele razy. Mama podjęła ją, decydując się na kontakt z Zakonem i podejmując ucieczkę, jak również spiskując i organizując mi ratunek za plecami.
Ale przede wszystkim tę decyzję podjął za mnie Voldemort, wydając na mnie wyrok śmierci i wysyłając po mnie śmierciożerców. To na jego rozkaz zabili mamę. Miałam tego pełną świadomość, więc czy naprawdę mogłam po prostu o tym zapomnieć i uciec? Jeżeli rzeczywiście mogłam pomóc go pokonać, czy byłoby w porządku, gdybym zrezygnowała? Nie chodziło o zwykłą zemstę, choć oczywiście pragnęłam jej z całego serca. Czyż moim obowiązkiem nie było uchronienie jak największej liczby osób przed stratą, którą sama poniosłam? Jeśli mogłam ocalić kogoś od bólu, który czułam, to czy naprawdę mogłam tego nie zrobić?
Te myśli wcale mi nie pomagały. Byłam zagubiona i przerażona. To poczucie powinności tylko jeszcze bardziej mnie paraliżowało.
***


W końcu przestałam gapić się w magicznie palący się na kominku ogień i rozejrzałam się po moim nowym pokoju. Musiałam przyznać, że był naprawdę ładnie urządzony.
Pomieszczenie znajdowało się pod ziemią. Jedynym źródłem naturalnego światła były małe okienka biegnące tuż pod sufitem wzdłuż całej ściany naprzeciwko drzwi. Matowe szyby nie pozwalały jednak na obserwowanie świata zewnętrznego. Poza tym na ścianach umieszczono zdobione, metalowe świeczniki, a z sufitu zwieszały się dwa lichtarze w tym samym stylu.
Po lewej od wejścia znajdował się kominek, naprzeciwko którego umieszczono małą kanapę, na której spędziłam ostatnią noc. Zaledwie kawałek dalej stało zaś prawdziwe łoże z baldachimem, za którym w rogu pokoju ustawiono toaletkę. Przy prostopadłej ścianie znajdowała się potężna, stara szafa, a za nią małe drzwi prowadzące do łazienki. Poza tym na środku pokoju umieszczono stół z czterema krzesłami, a zaraz naprzeciwko drzwi wejściowych regał z książkami. Rzeczywiście było tu prawdopodobnie wszystko, czego mogłam potrzebować. Nawet w moim domu nie miałam tak dużego i ładnego pokoju.
Zebrałam się w sobie i wstałam z kanapy. Skierowałam się do łazienki, stwierdzając, że prysznic dobrze mi zrobi. Gdy przekroczyłam próg, znów spotkało mnie niemałe zaskoczenie. Również to miejsce było niedawno remontowane i niespodziewanie ładne, choć niewielkie. W centralnym miejscu stała mała wanna na złotych nóżkach, w rogu znajdował się klozet, a obok umywalka ze złotymi kurkami, wbudowana w biały blat, pod którym znajdowała się drewniana szafka. Nad umywalką powieszono okrągłe lustro w złotej ramie.
Z pewną dozą lęku podeszłam bliżej, żeby spojrzeć w swoje odbicie. To, co zobaczyłam, nie należało do przyjemnych widoków, ale nie spodziewałam się niczego lepszego. Moje czarne, gęste włosy poplątały się i oklapły całkowicie, smętnie okalając twarz. Wyraźnie domagały się mycia. Byłam blada, pod oczami miałam głębokie cienie, powieki napuchły mi od płaczu, a na policzkach pojawiło się kilka plam. Ze zrezygnowaniem odwróciłam wzrok od swojego odbicia i moje spojrzenie padło na koszyczek z kosmetykami stojący na blacie obok umywalki. Zamarłam, wpatrując się w znajdujące się w nim buteleczki. Drżącą ręką podniosłam tonik i przyjrzałam mu się w osłupieniu. To samo zrobiłam kolejno z dezodorantem i szamponem. Nie mogłam pojąć, skąd wzięły się tutaj dokładnie te kosmetyki, których używałam. Miałam niepokojące przypuszczenie, któremu nie chciałam jednak dać wiary.
Spotkało mnie kolejne ukłucie bólu, gdy odkryłam w szafie swoje stare ciuchy, które, jak sądziłam, zostawiłam, gdy opuszczałyśmy dom. Pewne stało się, że moja mama pieczołowicie przygotowała dla mnie to miejsce. Skoro miała na to tyle czasu, dlaczego nic mi nie powiedziała? Planowała, że w końcu trafimy tutaj razem? Czy naprawdę sądziła, że uda jej się uciekać przed śmierciożercami jeszcze przez długi czas? A może nie potrafiła ze mną o tym szczerze porozmawiać, tak samo jak przez tyle lat nie potrafiła powiedzieć mi prawdy o moim ojcu? Te myśli doprowadzały mnie do szaleństwa. Miałam tyle pytań, ale nie było komu ich zadać. Wszystko to miało pozostać tajemnicą już na zawsze.
W przygnębieniu podeszłam do stolika, na którym stały dwa kwiaty w doniczkach. Znałam je dobrze. Miałyśmy takie w domu. Zacisnęłam mocniej szczęki, myśląc o tym, że mama przewidziała również tę sytuację i dlatego zostawiła mi właśnie te rośliny. Zerwałam dwa listki i trzy czerwone owoce. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że nie wiem, jak nazywa się ta roślina. Nie miałam pewności czy jest magiczna czy tylko zaczarowana tak, by nie więdła. Moja mama nie była zbyt dobrą opiekunką flory. Zwykłe mugolskie kwiaty szybko umierały w naszym domu, ponieważ nikt nie pamiętał o ich regularnym podlewaniu. Ta jednak zawsze kwitła.
Spojrzałam na zerwane liście i owoce, myśląc o mamie. Przymknęłam oczy i skupiłam się, wcale nie będąc pewną, czy moje magiczne zdolności nie ucierpiały na skutek żałoby. Słyszałam kiedyś, że załamanie nerwowe i psychika mogą wpływać na czarodziejskie moce. Jednak, gdy machnęłam różdżką i otworzyłam oczy, przede mną na stole leżały już pomidory, sałata i ogórek. Odetchnęłam z ulgą.
Następnie rozejrzałam się w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym transmutować w naczynie do sałatki. W końcu znalazłam na półce jakiś świecznik. Za pomocą czarów pokroiłam warzywa i powoli zabrałam się za jedzenie. Nie należało to do przyjemnych rzeczy, moje gardło było ściśnięte i odmawiało przyjęcia pokarmu, nie miałam też wcale apetytu, jednak zmusiłam się do jedzenia. Powoli żułam sałatę. Wiedziałam, że transmutowane jedzenie różni się odrobinę od prawdziwego, jednak w tamtej chwili miałam wrażenie, że jest dosłownie ohydne. Mama nauczyła mnie tej sztuczki, żebym w razie kłopotów finansowych miała co jeść. Przykładała dużą wagę do tego typu praktycznych spraw i dziś wiedziałam już, dlaczego.
W swoim woreczku na szyi znalazłam również stare kanapki, które też trochę odświeżyłam za pomocą magii i zjadłam z równą trudnością. Potem popiłam wodą z kranu, czując, że w ten sposób spełniłam podstawowe zobowiązania wobec mojego organizmu, ale nie poczułam się ani trochę lepiej.
Sięgnęłam po woreczek mamy, który dała mi tuż przed śmiercią, a o którym przypomniałam sobie dopiero, gdy rozbierałam się, idąc pod prysznic. Powoli otworzyłam go i zaczęłam wyciągać z niego rzeczy. Na początku były to różne przedmioty codziennego użytku, jak szczoteczka do zębów czy szczotka do włosów. Następnie odnalazłam plik banknotów. Wiedziałam, że to reszta naszych oszczędności, które mama zabrała z banku, gdy zaczęłyśmy uciekać. Na koniec z dna worka wyciągnęłam srebrny pierścionek.
Przyglądałam mu się przez długą chwilę. Miał niewielki czarny kamień. Znałam go dobrze, mama zawsze go nosiła. Chyba wcale go nie zdejmowała. Po raz kolejny gardło ścisnęło mi się boleśnie, gdy dotarło do mnie, że powinien przecież znajdować się na jej palcu w chwili śmierci. Musiała coś podejrzewać, skoro umieściła go w woreczku. Chciała, żebym go zachowała.
Do moich oczu napłynęły łzy. Z całej siły cisnęłam pierścionek o ścianę. Odbił się od twardej powierzchni i potoczył z brzękiem po podłodze. Zaniosłam się szlochem, czując bezsilną złość. Dlaczego pozwoliła, żeby to się tak skończyło? Dlaczego nie była ze mną szczera? Czy kiedyś będę w stanie jej to wybaczyć?


Hej Kochani! 
Przepraszam jeśli będę odpowiadać z pewnym opóźnieniem, ale sesja nie daje mi żyć :( 
A Wy jak się trzymacie? Tym, którzy również zmagają się z zaliczeniami życzę dużo siły, 
a pozostałym dobrego tygodnia! Dziękuję za każdy komentarz. 
Następny rozdział 13 lutego. Do zobaczenia!

2 komentarze:

  1. O matko! Newsik! Trzeba przeczytać, ale to nie wiem, czy przed egzaminami, czy po! Dylematy tworzysz. :/ :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe :D u mnie niestety zawsze blogi wygrywają... w końcu to tylko tak w ramach przerwy xD Ale przez to zazwyczaj czytam, a nie komentuję... a to takie okropne - teraz rozumiem :p Powodzenia w sesji!

      Usuń