2 stycznia 2017

Przeznaczona. Rozdział 1: Zmiana

Betowała: Katja
"How can this happen? How can this be?
There is no ending, there is no peace.
The darkness is so close."


Po kilku nieudanych próbach nareszcie udało mi się skończyć czytanie strony, nad którą ślęczałam już od dobrych kilkunastu minut. Tym samym dotarłam wreszcie do końca rozdziału. Była już bardzo późna godzina i ogarnęła mnie przemożna senność. Ziewnęłam potężnie, przecierając oczy, po czym usiadłam na łóżku, żeby odłożyć podręcznik do transmutacji na stolik nocny. Stojący na nim budzik wskazywał drugą trzydzieści w nocy. Zgasiłam różdżkę, położyłam ją na książce i opadłam z powrotem na łóżko.
Wpatrując się w ciemny sufit, pogrążyłam się w myślach. Moja głowa była pełna skomplikowanych teorii dotyczących zaawansowanej transmutacji. Jutro wypadał termin egzaminu. Mój rocznik miał podejść do ostatecznego zaliczenia tego przedmiotu i za parę dni ukończyć szkołę. Powinnam być w swojej sypialni na siódmym piętrze w Akademii Magii Beauxbatons i od kilku godzin smacznie spać, a rano zestresowana i przestraszona stanąć przed salą wśród moich kolegów i koleżanek. Tymczasem leżałam w obcym łóżku, w nieznanym domu, na przedmieściach Brest, do późnych godzin nocnych czytając podręcznik. Zachowywałam się, jakby moja wiedza również miała zostać jutro sprawdzona, podczas gdy nie mogłam chyba znajdować się dalej od tego wszystkiego.
Gdyby ktoś powiedział mi pół roku temu, że z własnej, nieprzymuszonej woli przerobię cały podręcznik do transmutacji, nigdy bym w to nie uwierzyła. Ten przedmiot nie należał do moich ulubionych, chociaż moje oceny mogłyby świadczyć o czymś zupełnie przeciwnym. Jeśli jednak wziąć pod uwagę całokształt moich stopni w szkole, transmutacja nie wyróżniała się niczym spośród pozostałych. Uczyłam się bardzo dobrze, miałam najwyższą średnią na roku. Nie byłam jednak żadnym geniuszem, bardziej chyba pasowało do mnie określenie kujon. Miałam najwyższe noty ze wszystkich przedmiotów, jednak z żadnego nie wyróżniałam się jakoś szczególnie.
W dzieciństwie mama wpoiła mi, że transmutacja jest najważniejszą dziedziną magii i trzymałam się tego kurczowo przez całą edukację do tego stopnia, że rozważałam nawet studiowanie tego kierunku. Drżałam na myśl o tym, że nie uda mi się dostać na prestiżowy uniwersytet w Paryżu. Dziś te rozterki były równie odległe jak jutrzejszy egzamin oraz cała wizja przyszłości, którą wtedy miałam.  
Moje życie zmieniło się nie do poznania. Nie tylko nie uczęszczałam już do szkoły i nie zajmowałam swojego pokoju w budynku Akademii, ale nawet nie miałam już żadnego miejsca, które mogłabym nazwać domem. Średnio co dwa tygodnie zmieniałam swoje tymczasowe miejsce zamieszkania na nowe, zupełnie nieznane. Wszystkie mieszkania, w których się zatrzymywałam, były przeciętne i wyglądały na mugolskie. Co więcej, w żadnym nie miałam swojej sypialni, zajmowałam zawsze typowo gościnne pokoje. Nie mogłam w nich nic zmienić, w żaden sposób uczynić ich bardziej moimi, w szafach i na półkach nie było moich rzeczy. Wszystko, co posiadałam, nosiłam w magicznym woreczku na szyi. W ogóle go nie zdejmowałam, mając nieustannie przy sobie cały swój dobytek.
Jednak nie zawsze moje życie wyglądało w ten sposób. Jeszcze do niedawna byłam normalną dziewczyną.
Dzieciństwo spędziłam w małej wiosce we Francji. Mieszkałam tam od kiedy pamiętałam. Wychowywała mnie samotna matka. Nie znałam nikogo więcej z rodziny. Poza mamą była jeszcze ciotka Jasmine, z którą nie łączyły nas więzy krwi, ale która mieszkała w sąsiedztwie i od zawsze zastępowała mi babcię. Te dwie kobiety były jedynymi znanymi mi czarownicami. Poza tym w wiosce mieszkali sami mugole.
Gdy skończyłam sześć lat, mama kupiła mi różdżkę i zaczęła uczyć mnie czarować, chociaż legalnie nie powinnam używać magii w tym wieku. Radziłam sobie całkiem dobrze i szybko nauczyłam się podstawowych zaklęć. Umiałam dobrze ukrywać swoje zdolności przed znajomymi dziećmi z wioski.
Mamie zawdzięczałam wszystkie podstawy magii, mimo że ona sama pracowała w zwyczajnym mugolskim butiku i wykorzystywała swoje umiejętności tylko wtedy, gdy było to konieczne. Zawsze odnosiłam wrażenie, że po części odrzuca naszą magiczną naturę, chociaż nie miałam pojęcia, co mogłoby być tego powodem. To ciotka Jasmine była osobą, od której najwięcej dowiedziałam się o świecie czarodziejów. Ona opowiadała mi historie, dawała do poczytania czarodziejskie magazyny i książki, częstowała magicznymi słodyczami. Zawsze chętnie odpowiadała na moje pytania.
Przez lata nie miałam pojęcia o swoim ojcu i rodzinie. Jako dziecko cierpiałam z tego powodu, zazdroszcząc koleżankom, które miały pełne rodziny. Marzyłam, że pewnego dnia w progu naszego domu stanie tajemniczy mężczyzna mój tata, i w mgnieniu oka wyjaśni mi swoją tak długą nieobecność, po czym po prostu wkroczy w nasze życie i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Może nawet mogłabym mieć wtedy jakieś rodzeństwo. W tamtym czasie zadawałam mamie pytania dotyczące mojej rodziny, jednak nigdy nie dostałam żadnej sensownej odpowiedzi.
Potem trafiłam do szkoły, zamieszkałam w internacie i inne sprawy zajęły moje myśli. Nieznany ojciec i rodzina odeszli na dalszy plan wobec fascynujących wyzwań świata magii. O wiele lepiej czułam się wśród czarodziejów niż mugoli. To znaczy, nigdy nie miałam nic przeciwko tym drugim, jednak gdy znalazłam się w Beauxbatons, wreszcie poczułam, że jestem na swoim miejscu. Dobrze pamiętałam swój pierwszy dzień w szkole i wiedziałam, że zachowam to wspomnienie do końca życia.
Byłam zafascynowana wszystkimi nowymi rzeczami, które mnie otaczały. Zawarłam również pierwsze przyjaźnie z czarodziejami w moim wieku. Wpadłam w wir nauki, od początku trudno było oderwać mnie od książek. Tak bardzo pragnęłam stać się dobrą czarownicą.
W mojej szkole poza magią kładziono również nacisk na naszą edukację artystyczną. Twierdzono, że sztuka pomaga młodym ludziom wyrazić swoje emocje, a także otwiera umysł. Jedną z pierwszym moich lekcji była nauka śpiewu. Nauczycielka podzieliła nas na pary według listy uczniów i tak właśnie poznałam Luke'a. Skoro przełamaliśmy pierwsze lody, śpiewając wspólnie, znacznie łatwiej było nam zawrzeć znajomość, gdy już opuściliśmy klasę. W ten sposób zaczęła się moja pierwsza w życiu prawdziwa przyjaźń z czarodziejem. Dwa dni później do paczki dołączyła Jovite, która wypatrzyła nas na lekcji zaklęć. Do dziś pamiętałam tę małą, śliczną blondynkę, która bez cienia skrępowania podeszła i zapytała, czy może być z nami w grupie. Potem staliśmy się nierozłączni. Luke i Jovite byli moimi najlepszymi przyjaciółmi przez prawie całą edukację.
Oboje okazali się bardzo utalentowani, co szybko zostało dostrzeżone przez nauczycieli. Luke  miał niespotykaną skalę i barwę głosu. Występował solowo prawie na wszystkich szkolnych apelach i imprezach. Szybko również ujawnił się jego inny talent artystyczny: był świetnym aktorem, a już na piątym roku został mianowany szefem koła teatralnego, stając się tym samym najmłodszym uczniem prowadzącym teatr w historii Beauxbatons.
Z Jovite wyglądało to podobnie. Od dziecka grała na altówce, więc w szkole nie startowała od zera. Była utalentowanym muzykiem i szybko zaczęła komponować. Ona również znalazła swoje miejsce w kole teatralnym, gdzie zajmowała się układaniem choreografii dla sekcji tanecznych. Poza tym od zawsze była śliczną dziewczyną i cechowały ją urzekające wręcz przebojowość i bezpośredniość. Pochodziła ze starego, królewskiego rodu czarodziejów, skąd prawdopodobnie jej niezwykła pewność siebie. Prawie od samego pojawienia się w Beauxbatons naturalnie stała się szkolną gwiazdą. Stosunkowo szybko w jej otoczeniu zaczęli pojawiać się zadurzeni w niej chłopcy, często nawet kilka lat starsi. Ona śmiała się z tego, ale czuła się w tej sytuacji jak ryba w wodzie, podobnie zresztą jak w każdej innej. Nigdy nie widziałam jej zawstydzonej lub wyprowadzonej z równowagi.
Miałam bardzo popularnych i utalentowanych przyjaciół. Wiecznie kojarzono mnie jako najlepszą przyjaciółkę tej Jovite lub tego Luke'a. Mało kto przy tym pamiętał moje imię. Ale nie przeszkadzało mi to szczególnie. Nigdy nie należałam do osób lubiących znajdować się w centrum uwagi, w przeciwieństwie do moich towarzyszy. Czasami próbowali namawiać mnie do różnych działań, ale zazwyczaj byłam zbyt nieśmiała, żeby się na nie zdecydować.
Oczywiście, jak wszyscy uczniowie Beauxbatons, przez lata nauki uczęszczałam na różne zajęcia artystyczne, ale po wielu mniej lub bardziej udanych próbach, musiałam w końcu przyznać, że moją ulubioną dziedziną sztuki była muzyka. Próbowałam grać na różnych instrumentach, ostatecznie jednak poprzestałam na śpiewie. Nie zrobiłam zawrotnej kariery, należałam po prostu do szkolnego chóru, gdzie śpiewałam altem razem z kilkunastoma innymi dziewczynami. Odmawiałam za każdym razem, gdy Luke próbował obstawić mnie w jakiejś solówce.
Wobec wielkich talentów najbliższych przyjaciół, moje sukcesy wypadały raczej słabo. Byłam lepsza w nauce, ale od nich nikt nie oczekiwał wybitnych wyników. Byli artystami, więc traktowano ich nawet odrobinę ulgowo.
Moje myśli mimowolnie powędrowały do dwójki, dziś już byłych, przyjaciół. Z powodów różnych zawirowań uczuciowych nasza cudowna przyjaźń rozpadła się na krótko przed zakończeniem edukacji. Mimo to po tym, co wydarzyło się później w moim życiu, przewracając je do góry nogami, napisałam do nich listy, starając się wytłumaczyć im swoje zniknięcie i licząc, że uda nam się puścić w niepamięć urazy. Najwidoczniej jednak były to moje płonne nadzieje, ponieważ nie otrzymałam odpowiedzi od żadnego z nich. Przez długi czas czekałam na sowę, w końcu jednak musiałam pogodzić się z tym, że oczekiwana nigdy nie nadejdzie. Po jakimś czasie wysłałam jeszcze dwa listy do Luke'a, ze względu na to, co kiedyś nas łączyło, jednak te również przeszły bez echa. Dałam więc sobie spokój. Pocieszałam się, że tak naprawdę zerwanie kontaktu jest dla nich bezpieczniejszym rozwiązaniem. Mama od początku kręciła nosem na moje próby kontaktu z przyjaciółmi.
W ten sposób nie miałam już nikogo bliskiego poza matką. Czułam się przez to samotna. Oczywiście kochałam mamę, ale mieszkanie w internacie nie wpłynęło pozytywnie na naszą relację i przez lata oddaliłyśmy się od siebie. Widywałyśmy się rzadziej, mimo że Akademia umożliwiała nam powrót do domu w prawie każdy weekend. Większość czasu spędzałam jednak w szkole, w towarzystwie młodzieży. Większy wpływ mieli na mnie nauczyciele niż matka. Wydawali mi się zupełnie różni od mojej rodzicielki. Byli ludźmi nauki lub sztuki, kompletnie zajętymi i zafascynowanymi magią. Pojawiając się wśród mugoli, z pewnością nie przechodzili niezauważeni. Większość z nich darzyłam głębokim szacunkiem i podziwem. Byli dla mnie autorytetami. Pragnęłam być podobna do nich. Moja matka, pracująca dla mugoli i wyglądająca jak oni, stała się dla mnie symbolem zmarnowania swoich umiejętności i mocy. Poza tym wkroczyłam w wiek dojrzewania, co również nie pomagało.
W gruncie rzeczy jednak moje życie było zwyczajne. Miałam problemy podobne do innych nastolatków i wyolbrzymiałam je w sposób typowy dla mojego wieku. Teraz jednak z czystym sumieniem mogłam stwierdzić, że pomimo różnych życiowych dylematów byłam wtedy szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa. Oddałabym tak wiele, by móc do tego wrócić.
Wszystko uległo diametralnej zmianie pół roku temu. Trwała właśnie przerwa świąteczna, a ja wyjątkowo nie potrafiłam cieszyć się grudniową atmosferą Świąt. Nadal przeżywałam swoje niedawne rozstanie z chłopakiem i stresowałam się zbliżającym się ukończeniem szkoły. Dużo czasu spędzałam na nauce, ponieważ obawiałam się, że nie uda mi się dostatecznie dobrze zdać egzaminów, żeby dostać się na wymarzony, magiczny uniwersytet. Jednocześnie ucieczka do książek pozwalała mi na jakiś czas oderwać się od bolesnej straty bliskiej mi osoby. Wszystko to tak bardzo mnie zajmowało, że nie zauważyłam przygnębienia mamy.
Dlatego bardzo zaskoczyło mnie, gdy pewnego wieczoru oznajmiła mi, że musimy porozmawiać. Dopiero wtedy dostrzegłam niepokojące zmiany w jej wyglądzie: podkrążone oczy, bladą cerę, rzadsze włosy. A przecież były to wyraźne sygnały, że dzieje się coś złego. Tamtego wieczoru, jeszcze zanim się odezwała, ogarnął mnie lęk, który towarzyszył mi niezmiennie od pół roku.
– Juliette, jest parę rzeczy, o których musimy porozmawiać. Jesteś już wystarczająco dojrzała, żeby się tego dowiedzieć.


Pod wpływem tych słów obudziła się we mnie nadzieja, która trwała w uśpieniu od wielu lat. Nadzieja na to, że może dowiem się czegoś o przeszłości, o moim ojcu i rodzinie. Te dwa zdania zmusiły mnie do wygrzebania głęboko schowanej tęsknoty za znajomością swojej historii. Jednak kolejne słowa mamy wprawiły mnie w zupełną konsternację.


– Poszukują nas śmierciożercy. Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać wydał na nas wyrok. Na mnie, ale przede wszystkim na ciebie.


Nie tego się spodziewałam. W pierwszej chwili to nie miało dla mnie żadnego sensu. Świat czarodziejów znajdował się w stanie wojny, dobrze o tym wiedziałam, ale co ja miałam z tym wspólnego? Dlaczego najgorszy czarnoksiężnik w historii miałby w ogóle się mną interesować, nie mówiąc już o pragnieniu mojej śmierci? Jakie zagrożenie mogła stanowić siedemnastoletnia dziewczyna, która nawet nie skończyła jeszcze szkoły? Całe życie mieszkałam we Francji. Nigdy nie miałam żadnej styczności z wojną, toczącą się głównie w Wielkiej Brytanii.
Tamtego wieczoru nareszcie poznałam przeszłość mojej matki. Po tym, jak opowiedziała mi swoją historię, poczułam się bardzo dziwnie. Zdawało mi się, jakbym nigdy tak naprawdę jej nie znała. Najpierw okazało się, że kiedyś znajdowała się w centrum wojny, w czasach, gdy Voldemort był u szczytu swojej potęgi.
Nie ukrywałam, że to bardzo mnie zaskoczyło. Mama nigdy nie interesowała się sprawami politycznymi. Wiedziałam, że pochodzi z Anglii, powiedziała mi kiedyś, że uciekła, gdy w jej ojczyźnie źle się działo. Przez myśl mi jednak nie przeszło, że brała udział w walce. To zupełnie do niej nie pasowało. Myślałam raczej, że była zwykłym imigrantem, uciekającym z obawy o swoje życie i pragnieniem zaznania spokoju, jak wielu w tamtych czasach. W Beauxbatons duża część uczniów, podobnie do mnie, miała angielskie korzenie. W zasadzie stało się to tak powszechne, że wprowadzono u nas język angielski jako dodatkowe zajęcia dla chętnych.
Poza tym w czasie pierwszej wojny czarodziejów mama była bardzo młoda, chodziła jeszcze do szkoły. Nie miałam jednak pojęcia, że nigdy nie ukończyła Hogwartu.
Ponownie przypomniałam sobie tę opowieść.
– Popełniłam w życiu bardzo dużo błędów. Jeden pociągał drugi. Wpadłam w spiralę, której nie sposób było zatrzymać. Nie byłam łatwym dzieckiem, od kiedy tylko pamiętam, sprawiałam problemy i zazwyczaj wybierałam nieodpowiednie towarzystwo. W ostateczności jednak, chyba jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu, udało mi się opamiętać i wyplątać z tego wszystkiego.
Ale powinnam zacząć od początku, żebyś była w stanie to zrozumieć. Byłam wtedy bardzo młoda, miałam zaledwie piętnaście lat.
To był czas, gdy Czarny Pan był u szczytu swojej potęgi. Naprawdę straszne czasy, Juliette. Ludzie bali się wyjść z domu, a i tam nie byli bezpieczni. Nikomu nie można było ufać.
Ale my byliśmy inni. Młodzi, odważni i zbuntowani. Ja i moi przyjaciele – wszyscy pragnęliśmy stać się członkami Zakonu Feniksa, podobnie jak nasi rodzice i starsze rodzeństwo. Sądziliśmy, że zmienimy świat, że obronimy go przed złem, a on nie jest w stanie nas zniszczyć.
Ale to nie była bajka, lecz życie. W jednym roku z rąk jego zwolenników straciłam matkę i ojca, a rok później siostrę. On zabił mi wszystkich. Zostałam sama na świecie. To podkopało cały mój światopogląd i wiarę w dobro.
Nie wróciłam do szkoły. Byłam w tym czasie bardzo pogubiona. Odsunęłam się od Zakonu i moich przyjaciół. Nie chciałam tam być. Patrzyłam jak ginęli moi bliscy, wybijali nas po kolei. Chciałam uciec od tego. Schować się przed tym, co kojarzyło mi się tylko ze śmiercią. Przestałam wierzyć, że nam się uda. Nie potrafiłam już w nic wierzyć.


Mama jako członek Zakonu Feniksa. To był dla mnie prawdziwy szok. Nie potrafiłam pogodzić tego z jej wizerunkiem, który znałam. Bo jak inaczej mogłabym to określić? Nagle okazało się, że kobieta, która mnie wychowywała, jest zupełnie kimś innym, niż sądziłam przez lata. A to wcale nie był koniec rewelacji.


– Nie miałam prawie nikogo i właśnie wtedy spotkałam twojego ojca. Chciałabym powiedzieć, że był kimś, kto przywrócił mi nadzieję, ale to nieprawda. Tak naprawdę nie była to ani trochę dobra relacja. Był ode mnie kilka lat starszy, ale prawdopodobnie równie bardzo jak ja skrzywdzony przez los. Razem topiliśmy smutki w alkoholu. Przykro mi, Juliette, ale właśnie w ten sposób w wieku szesnastu lat zaszłam w ciążę.
Przeraziłam się i uciekłam. Nie wiedziałam, do kogo się zwrócić. Skontaktowałam się z jedyną osobą, na której mogłam polegać, z jedyną osobą, która mi pozostała. Z moim przyjacielem ze szkoły. On stanął na wysokości zadania i niewyobrażalnie pomógł mi w tym trudnym czasie. Udałam się do niego, ponieważ byłam już na dnie rozpaczy. Stanowił dla mnie ostatnią deskę ratunku, długo nie decydowałam się na skorzystanie z niej, ponieważ w tym wszystkim istniał jeden znaczący problem. Mój przyjaciel należał do śmierciożerców.
Musisz zrozumieć, że wtedy było inaczej niż dziś. Intencje i cele Czarnego Pana nie były tak jasne, jak obecnie. Wielu czarodziejów popierało jego wizję wyprowadzenia nas z ukrycia. Tylko nieliczni wiedzieli od początku, co się za tym kryje. Zdarzało się, że najlepsi przyjaciele, a nawet członkowie jednej rodziny, stawali po różnych stronach barykady. Oczywiście ja doskonale znałam prawdę, ponieważ moja rodzina była w Zakonie Feniksa. Jednak wtedy nie miałam już wielkiego wyboru, po prostu potrzebowałam kogoś, kto się mną zaopiekuje. W ten sposób trafiłam do środowiska śmierciożerców. Z ich rąk zginęła cała moja rodzina, a ja zwróciłam się do jednego z nich.
Na początku próbowałam się nie angażować. Mój przyjaciel udzielił mi pomocy, ostatecznie jednak wciągnął mnie również w działania zwolenników Czarnego Pana. W gruncie rzeczy nie było to takie złe. Nie dołączyłam do nich, byłam jedynie bliską osobą dla jednego z śmierciożerców. Nareszcie nie miałam się czego bać, ponieważ stanęłam po stronie tych, których tak bardzo się obawiałam. To było takie łatwe. Jeden mały krok, jedna decyzja i mogłam wieść spokojne życie. Wtedy właśnie potrzebowałam tego, żeby troszczył się o mnie ktoś, kto nie jest cały czas w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Ktoś, o kogo nie musiałabym drżeć każdego dnia. Dla tego komfortu byłam w stanie nawet przymknąć oko na wszystkie okrucieństwa, których dopuszczali się śmierciożercy. Byłam tak bardzo zdesperowana, że nie dbałam już o Czarnego Pana i jego wojnę.  
Myślałam, że odnalazłam skrawek bezpiecznego miejsca, w którym mogłabym odbudować swoje życie. Jednak czekał mnie kolejny cios. Krótko przed twoim narodzeniem mojego przyjaciela spotkało to, co jak sądziłam nie miało prawa go spotkać. Zaginął bez śladu. Ostatnia osoba, którą miałam i której mogłam ufać, odeszła.
Wtedy z powodu wielkiego bólu i goryczy, które odczuwałam, rzuciłam się w działania śmierciożerców. Potrzebowałam robić cokolwiek, ponieważ bezczynność doprowadzała mnie do szaleństwa. Nie odnaleziono ciała, więc sądziłam, że w ten sposób może uda mi się odnaleźć przyjaciela. Szukałam informacji. Nie robiłam wielu strasznych rzeczy, wykonywałam dla nich tylko poboczne zadania, byłam jedną z wielu, ale, Juliette, naprawdę bardzo żałuję tamtego okresu swojego życia i całego zła, do którego się przyczyniłam, nawet pośrednio.
Nigdy nie stałam się ważnym śmierciożercą. Nie zasłużyłam sobie nawet na wypalenie na ramieniu mrocznego znaku. Nie pamiętasz tego, ale w tym czasie bardzo cię zaniedbałam. Ciotka Jasmine, do której udałam się, gdy rozpoczął się poród, a którą znałam, ponieważ była wcześniej gospodynią mojego ojca, zajmowała się tobą i zapewniła nam dach nad głową. Wiedziała, czym się zajmuję, ale nigdy nie zwróciła mi uwagi. Stała się dla mnie prawie jak matka. Gdy postanowiłam się wycofać, uciekła razem z nami. Nie wiem, co byśmy bez niej zrobiły. To najmądrzejsza osoba, jaką znam. Ale miałyśmy również naprawdę dużo szczęścia. Krótko po naszej ucieczce Czarny Pan zniknął i nikt nigdy nas nie szukał.
Starałam się nadążać za jej historią, ale ta ilość informacji w pierwszej chwili była dla mnie trudna do przyswojenia. Mój mózg zdawał się odmawiać połączenia mojej matki z tą tragiczną historią. To brzmiało jak scenariusz jakiegoś filmu, a nie rzeczywistość, której częścią miała być kobieta, którą znałam. Nagle wezbrał we mnie wielki podziw dla niej. Wobec wszystkiego, co ją spotkało, życie, które wiodłyśmy jawiło się jako ogromny sukces. Nie miałam pojęcia, jakim cudem była w stanie po tym wszystkim być tak normalną, dobrze funkcjonującą w społeczeństwie, osobą. Jak udało jej się stać się tak dobrą, kochającą matką? Nagle jej obecna postawa wobec magii, nasze miejsce zamieszkania, brak kontaktów z rodziną i znajomymi z przeszłości, nacisk, który kładła na moją znajomość zaklęć obronnych i transmutacji, wszystko, co wydawało mi się wcześniej dziwactwem, nabrało sensu.
Jednak jedna kwestia nie dawała mi spokoju. Odważyłam się więc w końcu, po wielu latach, ponownie zapytać o mojego ojca.


– Nigdy później się już nie skontaktowaliśmy. Ostatnio dowiedziałam się, że zginął z rąk śmierciożerców około pół roku temu.


Moje mięśnie nadal, nawet po pół roku, spinały się na wspomnienie tamtych słów. Nigdy nie przypuszczałam, że jedną z pierwszych informacji o moim ojcu, będzie wiadomość o jego śmierci. Dotknęło mnie to do żywego, czego zupełnie bym się nie spodziewała.


– To właśnie z jego powodu cię szukają. Zakon Feniksa twierdzi, że był on spokrewniony z Czarnym Panem.


Czyż to nie ironia losu? Groziło mi śmiertelne niebezpieczeństwo z powodu ojca, którego nawet nie poznałam. Poplecznicy Voldemorta zabili całą moją rodzinę od strony taty. Zrobili to w zasadzie bez powodu, tylko ze względu na, dość dalekie zresztą, pokrewieństwo z Czarnym Panem. Jakby to w ogóle miało jakieś znaczenie.
Obecnie więc Voldemort był moim jedynym żyjącym krewnym z tej rodziny. Nie mogłam powiedzieć, żeby było to spełnienie moich marzeń. Moje odczucia względem niego nie uległy zmianie. W zasadzie teraz miałam nawet więcej powodów, żeby czuć do niego niechęć i być jego przeciwniczką.
Później mama wyjaśniła mi, że Dumbledore, kierujący Zakonem Feniksa, uważa, że można wykorzystać owo pokrewieństwo, żeby pomóc Harry'emu Potterowi pokonać Czarnego Pana. Zapewniła mnie, że dopilnuje, by do niczego mnie nie zmuszono i że wezmę w tym udział tylko, jeśli będę chciała.
Czy chciałam? W pewnym stopniu tak. Dzieciństwo spędziłam wśród mugoli, którzy byli moimi dobrymi towarzyszami zabaw, więc oczywiście, że uważałam postulaty Voldemorta za chore i oderwane od rzeczywistości, którą znałam. Pragnęłam jego porażki. Chciałam, żeby w świecie czarodziejów znów zapanował pokój. Wierzyłam, że mugole byli bezpieczniejsi, nie wiedząc o naszym istnieniu, w końcu w swoim życiu widziałam wystarczająco dużo dowodów na słuszność tej teorii. W Beauxbatons właściwie nie spotykało się zwolenników Voldemorta. Wszyscy wypowiadali się negatywnie na temat pomysłu rewolucji, którą proponował. Z drugiej jednak strony konflikt tak naprawdę wcale nas nie dotykał, więc łatwo było o podobne deklaracje, skoro nie musiały za nimi iść żadne czyny. Teraz jednak znalazłam się w obliczu zupełnie innego wyzwania, ponieważ od tej decyzji mogła zależeć cała moja przyszłość.
Czułam się tym trochę przytłoczona. W jednej chwili żyłam szczęśliwie i spokojnie w bezpiecznej wiosce, a w następnej znalazłam się niespodziewanie w samym centrum konfliktu, który toczył się gdzieś daleko. Czy chciałam pokoju dla czarodziejów? Czy pragnęłam zakończenia dręczenia mugoli i mugolaków? Oczywiście, że tak. Ale czy byłam gotowa na czynne włączenie się w wojnę? Czy miałam wystarczająco odwagi, żeby narazić swoje życie? Czy potrafiłabym poświęcić swoją młodość dla dobra przyszłych pokoleń? Odpowiedzi na te pytania nie przychodziły mi już tak łatwo. Miałam zaledwie siedemnaście lat. Nie wiedziałam, co o tym myśleć.
Jak się jednak okazało, nie miałam za bardzo wyboru. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że zabrakło mi czasu, żeby się z tym oswoić. Moje życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Dwa dni po naszej rozmowie opuściłyśmy dom i zamieszkałyśmy w centrum Paryża w małym mieszkaniu. Tydzień później znów się przeniosłyśmy. Nasza ucieczka trwała niezmiennie od pół roku.
Byłam już na granicy snu i jawy, gdy nagle coś wyrwało mnie z otępienia towarzyszącego zasypianiu. Otworzyłam oczy i spojrzałam na pogrążony w półmroku pokój. Przez okno wpadało do niego smętne pomarańczowe światło latarni. Nie potrafiłam ustalić, co takiego sprowadziło mnie z powrotem do rzeczywistości. Czy była to zwyczajna reakcja mięśni tuż przed zaśnięciem, czy może jakiś dźwięk dochodzący z mieszkania? Moje serce zaczęło szybciej pompować krew, gdy ogarnął mnie lęk.
Spojrzałam na zegarek. Położenie jego fosforyzujących wskazówek informowało, że jest trzecia w nocy. Najciszej, jak potrafiłam, wstałam z łóżka i zaczęłam skradać się do drzwi, z różdżką w pogotowiu. Zaschło mi w ustach, gdy wyjrzałam na korytarz przez szparę między drzwiami a framugą. Przez kilka sekund obserwowałam pusty korytarz. Następnie odważyłam się wyjść z pokoju.
Przemierzałam mieszkanie, ściskając kurczowo różdżkę, gotowa w każdej chwili rzucić zaklęcie. Zmysły płatały mi figle, miałam wrażenie, jakby w każdym kącie czyhał na mnie śmierciożerca. Strach oplatał moje wnętrzności przez dobrych kilkanaście minut wędrówki po ciemnym mieszkaniu. W końcu jednak musiałam przyznać, że to jedynie moja wyobraźnia. W domu nie było nikogo poza mną.
Odrobinę uspokojona wróciłam do salonu. Obserwowałam pustą ulicę, stojąc na środku pomieszczenia, gdy na zewnątrz coś się poruszyło. Znikąd przy naszej furtce pojawiła się postać w ciemnej pelerynie, z kapturem na głowie. Podskoczyłam, wydając zduszony okrzyk przerażenia. Postać pchnęła furtkę i ruszyła szybkim krokiem w stronę drzwi frontowych. Odetchnęłam z ulgą, gdy poznałam jej chód. Mama.
Mimo to rzuciłam się do ucieczki. Musiałam dotrzeć do swojego łóżka, zanim ona znajdzie się wewnątrz. Nie chciałam, żeby była świadoma, że znam jej tajemnicę.
Drzwi frontowe trzasnęły w oddali, gdy leżałam już pod kołdrą, starając się uspokoić przyspieszony oddech. Po kilku minutach usłyszałam delikatne skrzypnięcie drzwi do mojego pokoju. Zacisnęłam powieki i, starając się oddychać równomiernie, udawałam, że śpię. Jak zwykle.
Po chwili mama wycofała się z mojej sypialni, cicho zamykając drzwi, a ja przewróciłam się na plecy i ponownie wpatrzyłam w sufit. W kółko powtarzałam ten sam wyćwiczony schemat. Czuwałam przez pół nocy, zajmując myśli czymś innym, z trwogą wyczekując jej powrotu. Udawałam, że z niczego nie zdaję sobie sprawy, chociaż wiedziałam, że mama nadal ma przede mną tajemnice. Odkryłam to prawie od razu. Regularnie spotykała się z kimś w nocy. Byłam pewna, że jest to ściśle związane ze mną, z Voldemortem pragnącym naszej śmierci, z ścigającymi nas śmierciożercami i z Zakonem Feniksa. Ale wciąż nie miałam odwagi, żeby ją o to zapytać. Sama nie wiedziałam, dlaczego, ale nie umiałam się na to zdobyć. Być może obawiałam się tego wszystkiego? Udawałam, że mnie to nie dotyczy, chociaż przecież chodziło właśnie o mnie. Nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Chyba właśnie dlatego, nie próbowałam zmienić tej sytuacji. Pozwalałam mamie zajmować się sprawą, sama pozostając w nieświadomości. Bałam się. Byłam zwykłym tchórzem.
Długo jeszcze nie mogłam zasnąć, rozmyślając nad swoim życiem i rozważając, co powinnam zrobić. W końcu, gdy za oknem zaczynało już robić się jasno, zapadłam w niespokojny sen, z postanowieniem, że następnego dnia wreszcie porozmawiam szczerze z mamą.
Tak się jednak nie stało. Przez następne kilka dni bezskutecznie próbowałam znaleźć dogodną chwilę do rozpoczęcia tej rozmowy, ale wciąż coś stawało mi na przeszkodzie. Raz był to wyraźny brak skupienia i uwagi ze strony mamy, drugi raz moja nieumiejętność znalezienia odpowiednich słów, jeszcze innym rozmowę przerwało przybycie sowy. Wszystko stanowiło dobrą wymówkę, żeby nie zaczynać trudnej rozmowy.
Ostatni dzień naszego pobytu w Brest nie różnił się niczym od poprzednich. Wykonywałyśmy zwykłe czynności, udając, że to normalny dzień wakacji. Przedpołudniem czytałam książkę, a mama sprzątała. Potem wspólnie przygotowałyśmy obiad. Po posiłku postanowiłyśmy przejść się na spacer, ponieważ pogoda była naprawdę piękna.
Nasz chwilowy dom leżał blisko wybrzeża, więc skierowałyśmy swoje kroki w kierunku plaży. Ocean był tego dnia wyjątkowo spokojny, delikatne fale marszczyły powierzchnię wody i zalewały skalisty brzeg. To miejsce wyglądało perfekcyjnie, jak z bajki, idealne na wakacje marzeń. A jednak czułam się oddalona o setki mil od spokoju, kojarzonego z letnim odpoczynkiem. Bezchmurne niebo i palące słońce zdawały się kpić z mojej obecnej sytuacji. Wielki, nieograniczony ocean skojarzył mi się z wolnością, której tak mi brakowało.  
– Zawsze chciałam mieszkać nad morzem – odezwała się znienacka mama, gdy szłyśmy wzdłuż brzegu, podziwiając krajobraz. Spojrzałam na nią, ale była zapatrzona w horyzont. Wydawała się nad czymś głęboko rozmyślać.
– Sama nie wiem, dlaczego nigdy nie spełniłam tego marzenia – kontynuowała. – Nie zrobiłam wielu rzeczy, których chciałam. – Westchnęła. – W większości przypadków paraliżował mnie strach. Dziś żałuję, że nie miałam w życiu więcej odwagi.
Obserwując jej zmęczoną twarz, zmarszczyłam brwi. Mama bardzo rzadko dzieliła się swoimi refleksjami, nie mówiąc już o przywoływaniu wspomnień. Była do bólu pragmatyczną osobą, twardo stąpającą po ziemi. Przynajmniej taką ją znałam. Być może dlatego jej słowa bardzo mnie poruszyły. Nagle nabrałam dziwnego przeświadczenia, że to popołudnie, mimo pozornej zwyczajności, jest w jakiś sposób ważne. Jakby za chwilę miało wydarzyć się coś bardzo istotnego.
Przebiegłam wzrokiem wybrzeże. Niby wszystko było takie samo jak przed chwilą. Słońce stało na niebie w tym samym punkcie. Ocean nie zamarł w miejscu. A jednak miałam wrażenie, że właśnie w tej chwili dzieje się coś ważnego, co znów zmieni moje życie.
– Teraz mieszkamy nad morzem – odezwałam się w końcu, starając się, żeby mój głos zabrzmiał pokrzepiająco. – W pewnym sensie to marzenie się spełniło.
Mama uśmiechnęła się do mnie smutno, ale nie polemizowała.
– Tak – przyznała. – Masz rację. Cieszmy się tym wieczorem.
Objęła mnie ramieniem, przyciskając do swojego boku. Miałam tyle pytań. Tak wiele spraw, tajemnic, niedopowiedzeń zdawało się stać między nami. A mimo to, w tamtej chwili, moja matka była mi najbliższą osobą na świecie. Ufałam jej bezgranicznie. Cokolwiek robiła w tajemnicy przede mną, robiła dla mnie. Nikt przecież nie pragnął mojego dobra równie mocno, jak ona. Dlatego właśnie postanowiłam obdarzyć ją tym kredytem zaufania i nie wypytywać o to, co przede mną ukrywała. Musiałam uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż nadejdzie właściwy moment i sama zdecyduje się mi powiedzieć.
Dotarłyśmy do portu, a potem skierowałyśmy się do centrum miasteczka. Było to zdecydowanie jedno z najładniejszych miejsc, w których dotychczas mieszkałyśmy. Wyjątkowo naprawdę żałowałam, że już jutro musimy je opuścić. Ale kto wie? Może nasze następne lokum będzie równie piękne albo i piękniejsze? Być może, dzięki tej całej sytuacji, zwiedzimy razem pół świata, a za kilka lat będziemy wspólnie wspominać ten czas jako coś całkiem miłego? Taką w każdym razie miałam nadzieję.
Gdy wróciłyśmy do domu, obie byłyśmy już odrobinę głodne, więc postanowiłyśmy zjeść lekką kolację. Poszłam umyć ręce, po czym skierowałam swoje kroki do kuchni. Nie zdążyłam jednak pokonać nawet połowy dystansu, gdyż to, co wydarzyło się w przedpokoju, sprawiło, że stanęłam jak wryta. Na posadzce znikąd pojawiła się wielka, srebrzysta łania, a po całym mieszkaniu rozległ się chłodny, męski głos: „Idą po ciebie”. Patronus rozpłynął się w powietrzu, a w korytarzu znów zapanował półmrok.
W drzwiach kuchni pojawiła się mama. Na jej twarzy odmalowało się napięcie. Podbiegła do mnie, w pośpiechu zdejmując z szyi woreczek ze swoimi rzeczami. Przełożyła mi przez głowę sznurek i dopięła bluzę, którą miałam na sobie, żeby go ukryć.
– Juliette, bądź dzielna – powiedziała cicho. – Kocham cię – dodała szeptem, bo głos jej się załamał i przycisnęła mnie mocno do piersi.
– Mamo, nie – wydusiłam przez ściśnięte gardło, gdy odsunęła mnie od siebie. Poczułam paraliżujący strach. Ciężko mi się oddychało i miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. W naiwnym geście chwyciłam mamę za nadgarstki, jakbym w ten sposób mogła ją przy sobie zatrzymać. Pokręciła nieznacznie głową, patrząc mi głęboko w oczy.
– Poradzisz sobie – wyszeptała prawie bezgłośnie. Gorączkowo pokręciłam głową, a łzy spłynęły po moich policzkach.
Następnie kilka rzeczy stało się bardzo szybko. Mama machnęła różdżką, która, sama nie wiem kiedy, znalazła się w jej ręce. Poczułam, jak jakaś moc odpycha mnie do tyłu, wbrew mojej woli. Próbowałam stawić opór, jednak na nic się on zdał. Pchnięta siłą zaklęcia wpadłam do gościnnego pokoju, dokładnie w momencie, gdy w całym mieszkaniu rozległy się trzaski teleportacji. W przedpokoju pojawiły się postacie w czarnych pelerynach i pomieszczenie rozświetliły różnokolorowe światła zaklęć. Uderzyłam plecami o coś miękkiego, co zdecydowanie nie znajdowało się wcześniej na środku tego pokoju.
Ostatnią rzeczą, którą zarejestrowałam, był obraz mamy padającej bezwładnie na podłogę. Różdżka wypadła jej z ręki, a oczy, szeroko otwarte, stanęły w słup.
Krzyk uwiązł mi w gardle, gdy ktoś zatkał moje usta dłonią i unieruchomił w silnym uścisku. A potem poczułam szarpnięcie w okolicach pępka i wszystko zniknęło.

Witajcie Kochani! :)
Oto pierwszy rozdział, który miał chyba milion wersji. No dobrze, tak naprawdę tylko kilka.
Mam nadzieję, że nie zanudził Was całkowicie.
Będę wdzięczna za wszystkie uwagi krytyczne i Wasze opinie.
Na następny rozdział zapraszam serdecznie 23 stycznia.
Tymczasem trzymajcie się ciepło!

16 komentarzy:

  1. Uwaga, mój komć będzie długi, ale się nie przestrasz. Nie krzyczę tam. Trochę narzekam, ale też chwalę, więc luz.

    „Nie mogłam w nich nic zmienić, w żaden sposób uczynić ich bardziej moimi, w szafach i na półkach nie było moich rzeczy” — czemu? O.o Ja rozumiem, że się tajniaczyły, ale co za problem zrobić sobie swój wystroik na chwilę, a potem uprzątnąć wszystko trzema machnięciami różdżki?
    „Mieszkałam tam od kiedy pamiętałam” — nie powinno być przecinka przed „odkąd”?
    Bardzo podoba mi się to, jak nakreślasz różnicę w podejściu matki Juliette i ciotki Jasmine do magii. I to, że Juliette widzi tę różnicę, ale nie do końca ja rozumie.
    O ile poprzednie akapity mi się podobały, ten o tacie jest taki… nie wiem, sztuczny? Odniosłam wrażenie, jakbyś chciała odbębnić jakiś temat i tyle. Tym bardziej, że właściwie wskazujesz tu tylko typową, tendencyjną reakcję na brak ojca: zazdrość koleżankom i marzenie o ojcu stającym w drzwiach. Te dwa zdania są tak oklepane, jak wyjęte z dowolnej książki. I oczywiście to, że nie dostała żadnej sensownej odpowiedzi. No istne kombo. xD Ja nie mówię, że ona nie ma cierpieć z powodu braku ojca, ale czemu wszystkie dziewczynki cierpią tak samo z powodu braku tatusiów, mają takie same marzenia, a wszystkie mamusie w ten sam sposób zbywają córki? Kurczę, znam wiele rodzin, gdzie laski nie znają swoich ojców i wcale nie reagują w ten sam sposób, naprawdę.
    Ładnie wygląda to, że wskazałaś, że ważne dla Julietty był fakt zawarcia w końcu znajomości z czarodziejami w jej wieku. To rzecz, na którą może mało się zwraca uwagi z perspektywy osoby trzeciej, ale dla 11-letniej Julietty to musiało być wielkie przeżycie. Dobrze, że o tym pomyślałaś i napisałaś.
    Zastanawia mnie jedna rzecz… Ten tekst ma charakter mocno pamiętniczkowy: cześć, nazywam się Iks Igrek, a teraz wyspowiadam się z mojego życia. Moja mama jest drwalem, a tata baletnicą. W szkole uczyłam się śpiewać…
    Nie wiem, czy rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć. Jakby… tworzysz strasznie kolosalne akapity tak zwanej ekspozycji, która u Ciebie akurat występuje w formie narracji pierwszoosobowej. No i zastanawia mnie, czy to zabieg celowy, czy przypadkowy. Jeśli celowy — zastanawia mnie, jaki masz w tym cel. Bo w moim odczuciu nadaje to tekstowi takiego szkolnego, pamiętniczkowego charakteru. Ale może właśnie tak chciałaś: zrobić z tego jakby taką spowiedź. Natomiast musisz liczyć się z tym, że jak to przy ekspozycjach bywa, sprawiają one, że tekst brzmi po pewnym czasie lekko sztucznie, no i czytelnik nie zapamiętuje wszystkiego aż tak dobrze i się męczy. Trochę o ekspozycji warto poczytać na Nerdy Ocenkujo: http://nerdy-ocenkujo.blogspot.com/2016/09/show-dont-tell.html. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że cały ten tekst to jedna wielka ekspozycja, ale jednak początek ma właśnie taki charakter. Po jakimś czasie na trochę od tego odchodzisz, a potem przychodzi do przedstawienia bohaterów, więc znów do tego wracasz. Przyznam, że właśnie skończyłam czytać fragment o dwójce przyjaciół Jay i z tych dwóch akapitów, z ręką na sercu (no, może jestem po migrenie i jest późno, więc można to trochę przeciągnąć na Twoją korzyć, ale wydaje mi się, że i tak warto zwrócić uwagę na ten problem) zapamiętałam jedynie, że ten koleś na 5 roku zaczął prowadzić teatr, no a Jovita miała coś wspólnego z tańcem, chyba jakąś sekcję taneczną. Ale mogę sobie dać rękę uciąć, że znajdowało się tam więcej cech bohaterów, które łatwiej byłoby mi zapamiętać, jeśli przedstawiłabyś je w formie sceny: tak, abym sama mogła dojść do takich wniosków i dokonać samodzielnej oceny. Tym bardziej ważne staje się to w momencie, gdy ja mam pamiętać o cechach bohaterów przez cały czas trwania opowiadania, a już w trakcie czytania je zapominam. :c

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczuwałam już w momencie, gdy przedstawiałaś Jovitę i Luke’a że pokusisz się o konstrukcję porównania Juliette do tej dwójki i bardzo byłam ciekawa, czy zrobisz z niej równie utalentowaną gwiazdę, lśniącą jeszcze jaśniej niż jej przyjaciele, czy może będzie szarą myszką, co szczerze mówiąc bardziej mi odpowiadało. Tym ciekawsza jest ta kreacja, że tak naprawdę Juliette jest z tym pogodzona, wcale nie chce być jak przyjaciele, którzy dźgają ją swoimi paluchami, mówiąc: no idź, rusz się, zrób coś. Wyważyłaś jej kreację do tego stopnia, że nie sprawia też wrażenia meczącej nieudacznicy jak Bella Swann. Ma inne zdolności, jest dobra w nauce, w końcu nie każdy musi być wybitnym artystą.
      Co jeszcze? Nie wiem, czy robisz to specjalnie, bo z prologu pamiętam raczej inny styl, pamiętam, że czytało mi się bardzo dobrze i płynnie. W tym rozdziale natomiast dużo jest takich… krótkich zdań. Szczególnie męczącym fragmentem był ten:
      Większość czasu spędzałam jednak w szkole, w towarzystwie młodzieży. Większy wpływ mieli na mnie nauczyciele niż matka. Wydawali mi się zupełnie różni od mojej rodzicielki. Byli ludźmi nauki lub sztuki, kompletnie zajętymi i zafascynowanymi magią. Pojawiając się wśród mugoli, z pewnością nie przechodzili niezauważeni. Większość z nich darzyłam głębokim szacunkiem i podziwem. Byli dla mnie autorytetami. Pragnęłam być podobna do nich.
      Bardzo też… hm, dziwnie brzmią niektóre zdania Juliette. I tu znów: zastanawiam się, na ile to celowa kreacja postaci, a na ile wypadek przy pracy. Już spieszę z wyjaśnieniem, o co mi chodzi. Juliette posługuje się z jednej strony bardzo prostymi konstrukcjami, głównie opartymi o czasowniki „mieć”, „być”, „móc”, „musieć”, mówi krótkimi zdaniami, a z drugiej strony używa wręcz książkowego słownictwa. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że cały jej monolog sprawia dla mnie wrażenie, długo się zastanawiałam, zanim na to wpadłam, szkolnego wypracowania. Jest tak poprawny politycznie, że aż boli. Wszystko jest od linijki, tak grzeczne, jakby mama mogła tam zajrzeć i coś przeczytać, no więc „na w razie wu muszę napisać to tak, żeby się nie wściekła”. Zastanawia mnie, czy to stylizacja celowa, czy przypadkowa.
      Z drugiej strony *głośno myślę*, zastanawiam się, czy w sumie nie nadaje to temu tekstowi pewnego realizmu. W końcu pisze do 17-latka, nie powinnam oczekiwać od niej przesadnej dojrzałości.
      Ale z trzeciej znowuż strony *wybacz, czasami bawię się w argumentację sama ze sobą* Juliette wychowywała się w towarzystwie dwóch dorosłych kobiet. Ciężko mi uwierzyć, że wyrosła przy nich taka… dziecinna. Bo ten cały tekst jest taki trochę dzieciaczkowaty. Nie chcę, żebyś źle to odebrała, nie mówię, że Twoje spostrzeżenia są dziecinne, ja tu nie oceniam Ciebie, a jedynie sam tekst, jednak przy narracji pierwszoosobowej jest cienka granica w odbiorze komentarza dotyczącego kreacji bohatera i sposobu pisania. Dlatego podkreślam — mam nadzieję, że nie za późno — że absolutnie nie robię tu żadnych wycieczek personalnych i wszystkie moje komentarze czy rozważania odnoszą się czysto do strony technicznej.
      Dobra, to już się trochę wybieliłam i uspokoiłam, więc dalej dumam.
      Najbardziej smuci mnie to, że tych parę dni temu prolog połknęłam choć była późna noc i w sumie chciało mi się spać jak bezdomnemu psu jeść, ale i tak czytałam, czytałam, czytałam. Szkółkowy charakter tego pierwszego rozdziału sprawia natomiast, że jestem w połowie i tekst jest już tak nudny, że nie wiem, czy dotrwam do końca. Juliette jest nudna. I tu mówię o niej jako o postaci. Jest tak poprawna, grzeczna, ułożona, jakbym czytała przemyślenia robota.
      Dobra, przeszło o wspomnień Jay i zrobiło się ciekawiej. I już w sumie wiem, z czego wynika to, o czym mówiłam wcześniej, ale to sobie podsumuję na koniec.
      Zastanawia mnie jedna rzecz — Jay nie skończyła Hogwartu, a została członkiem Zakonu Feniksa? Przecież oni nie mogli przyjmować niepełnoletnich czarodziejów, a Jay nie skończyła Hogwartu, bo się zerwała ze swoim ukochanym do Voldka, n’nie? Dobrze rozumiem temat?

      Usuń
    2. Wiesz co mnie teraz zaskoczyło, jakie spostrzeżenie? Przeszłam do akapitu zaczynającego się od „Starałam się nadążać”, w którym pełno jest żywych reakcji Julietty. Są jej emocje. Coś się zadziało — przedstawiłaś wypowiedź matki — a następnie mamy reakcję bohaterki. Jej przemyślenia na ten temat. Zupełnie inna jest dynamika tekstu. To jest bardzo dobry fragment tego rozdziału, to relacjonowanie monologu matki i jednoczesne przerywanie go bieżącymi reakcjami Julietty. Bardzo fajnie to szyło. Wcześniej mamy tonę tekstu-historii, a tu w końcu zaczyna się coś dziać i Julietta zaczyna żywo reagować. W końcu zamiast ekspozycji — przedstawiasz nam SCENY.
      Ja wiem, że paplę niemiłosiernie i pewnie nie chce Ci się już czytać, ale Cię jeszcze trochę pomęczę. Zatrzymałam się jeszcze na chwilę przy reakcji Julietty na wieść, że jej ojciec był spokrewniony z Voldemortem. W sensie… dziewczyna dowiaduje się, że koleś, który wybija mugoli jak leci, jest okrutny, który przyczynił się do śmierci rodziny jej matki, koleś, który terroryzuje cały kraj, jest z nią spokrewniony, a ona mówi „Moje odczucia względem niego nie uległy zmianie”? I tu znów: specjalnie kreujesz ją na taką nieemocjonalną kluchę? I może pójdę dalej: jak bardzo trzeba być wypranym z uczuć i pustym emocjonalnie, żeby taka wiadomość nie wzbudziła w niej żadnych większych emocji? Że znów przyjęła to tak, jak informację o tym, że z testu z przyrki dostała trójkę na szynach? Zero zaprzeczenia, zero obrzydzenia, zero szoku, nie, jej reakcja to „Czyż to nie ironia losu?”, co w ogóle brzmi tak poetycko, jakby bardziej jej zależało na tym, żeby jej reakcję się potem dobrze przekazywało z ust do ust i czytało, aniżeli żeby była szczera i prawdziwa.
      Bardzo podobają mi się przemyślenia z akapitu zaczynającego się od „Czy tego chciałam?”. Bardzo fajne jest to, że zwróciłaś uwagę na reakcje i deklaracje mieszkańców Francji, a także świetnie brzmi — lekko zgorzkniały — komentarz Julietty, że przecież z daleka deklarować się jest im łatwo.
      O matko boska, jakżeś mnie zmęczyła tym rozdziałem. Może nie całym. Początkiem. A wiesz czego to efekt? Ciągłej ekspozycji. Jest jej tam tak wielka tona, że ja wyszłam z połowy rozdziału zanudzona, zamęczona, a Ty skrzywdziłaś swoją bohaterkę, bo zrobiłaś z niej dziewczyneczkę, która w pamiętniczkowy sposób opisuje swoje dzieciństwo. Od połowy, od mniej więcej monologów Jay pisanych kursywą, sytuacja się zmienia. Zamiast ekspozycji, zaczynasz się posługiwać scenami. Tekst staje się ciekawszy, żywszy, bardziej dynamiczny. Julietta też jest dzięki temu jakby dojrzalsza.
      I to chyba jest mój główny zarzut da tego rozdziału. Tematycznie mi podszedł, końcówka bardzo mi się spodobała, naprawdę dobrze poprowadziłaś akcję. Zwroty, dynamika, napięcie — wyszło to idealnie. Ale te tony tekstu streszczającego życie Julietty zwyczajnie męczą. Męczą, nudzą, robią z Julietty bohaterkę, którą chyba wcale nie jest, przez co tworzy Ci się — oprócz nudzenia czytelnika blokiem szkolnej charakterystyki — lekka niespójność charakteru postaci. No bo porównaj sobie reakcje, emocje, nawet słownictwo czy budowę zdań Julietty z początku rozdziału a z końca. Przecież to jest niebo a ziemia.
      Mam nadzieję, że nie zanudziłam Cię moją gadaniną i nie przeraziłam zbyt długim komentarzem.
      Kończę już, bo znów jest późna noc, a ja ślęczę i klepię. Może to dlatego, że kupiłam sobie dzisiaj lapka z podświetlaną klawiaturą i się nim tak bardzo jaram. <3
      Pozdrawiam Cię ciepło, ściskam i czekam na odpowiedź, bo sądzę, że będzie równie długa i soczysta! :D

      PS Z tego komcia wyszedł mi taki mały rozdział. To chyba mój pierwszy tak długi komć ever, jakiś inspirujący do rozmowy i rozważań był ten Twój rozdział. xD

      Usuń
    3. Aaa! Jej, teraz zjechałam w dół i przypomniała mi się rzecz, o której chciałam napisać już wcześniej, ale jakoś uleciało mi to z głowy.
      Wyobraź sobie sytuację, że ktoś kopiuje sobie Twój rozdział albo jego treść, albo, o, może lepiej: używa sobie jakiejś części treści Twojego tekstu do artykułu, może do jakichś badań statystycznych. A potem pisze: źródło "Google", bo w taki sposób wyszukał Twój blog i tekst. Przez wyszukiwarkę. W taki sposób też Ty trafiłaś na stronę, na której opublikowane zostało zdjęcie, ktróe masz w nagłówku. Google nie jest źródłem. Google jest wyszukiwarką, taką jakby funkcją "ctrl+f", tyle że włączoną na cały internet. Podawanie źródła "Google" równa się braku poszanowania cudzej pracy. Równie dobrze mogłabyś źródła nie podawać, wyszłoby na to samo. Źródłem może być strona, na której zdjęcie znalazłaś, ewentualnie - strona, na której dany autor się promuje (nie wiem, jakaś stronka na tumblrze, deviantarcie, fanpejcz na facebooku itp. :)).
      Autorem zdjęcia, które masz w nagłówku, jest bardzo fajny artysta (którego prace sobie przeglądam właśnie teraz, bo chciałam dowiedzieć się, kto jest prawdziwym źródłem tego obrazka ;)) - Kurt Chang. Żeby dowiedzieć się, kto jest autorem danego zdjęcia/obrazka, należy kliknąć na nie prawym klawiszem myszki i kliknąć "szukaj obrazu w Google". No i wtedy trochę poszperać w wynikach, które Ci wyskoczą w Google. Czasami nie jest to proste, mnie szukanie autora tego obrazku zajęło przeszło 20 minut. Ale voila, oto jego fanpejcz odsyłający akurat do zjęcia, które wykorzystujesz:
      https://www.facebook.com/kurtchangart/photos/a.620208251339427.1073741830.113531348673789/929298680430381/?type=3&theater
      Niekiedy trzeba się trochę pomęczyć, ale to chyba minimalna zapłata, jaką każdy powinien ponieść za to, że używa za darmo cudzej pracy. :)

      Usuń
    4. Kurde, teraz naprawdę już wiem dlaczego zdecydowanie warto publikować swoje wypociny! Dziękuję Ci niezmiernie za ten obszerny komentarz! Odpowiem na niego, postaram się odnieść do wszystkiego, ale pozwól, że nie w tej chwili. Toś mi dała teraz zadanie domowe :p

      Co do obrazka masz rację! Dziękuję Ci za tę uwagę oraz czas poświęcony na wyszukanie źródła! To jakiś stary, słaby nawyk z przeszłości... są takie obrazki, które mam na dysku od dawna, a o tej możliwości wyszukiwania zapomniałam zupełnie... lipa. Poprawię się!

      Usuń
    5. Ok. No to zabieram się za odpowiedź dla Ciebie! :D

      Przez kilka dni zastanawiałam się jaką w ogóle taktykę powinnam obrać. To mnie skłoniło do rozważań na temat tego, po co my w zasadzie publikujemy w internecie. Zastanawiałam się czy powinnam się bronić i próbować wszystkiemu, co napisałam nadać sens i cel, nawet jeśli ich w rzeczywistości nie mają, czy też mogę spokojnie przyznać się do błędu? W końcu uznałam, że raczej to drugie, bo przecież chyba chodzi o to, żebym przez pisanie bloga się czegoś nauczyła. Wy tutaj wszyscy jesteście bardziej jak moi recenzenci niż czytelnicy, gdyby to odnieś do realiów powstawania książek, co? :P Tak czy inaczej i tak nie potrafię za bardzo ściemniać, więc nawet gdybym chciała, byłoby mi trudno.
      Koniec wstępu, przejdźmy do rzeczy.

      Chciałabym powiedzieć, że większość tego, co opisałaś wyżej, było celowe. Ale, nie oszkujumy się, nie było. To znaczy może tak... może ja Ci powiem, co chciałam w tym rozdziale osiągnąć i tak będzie najprościej! O! No więc, w zasadzie, cel był taki, żeby na początku Juliette opowiedziała coś o sobie, ale z perspektywy sytuacji w jakiej znajduje się obecnie. Tzn. od pół roku ukrywa się i ucieka przed śmierciożercami, pragnącymi jej śmierci. No więc tęskni za swoim życiem, a to co kiedyś było dla niej ważne, dziś wydaje się śmieszne.
      I teraz, kurde, serio nie wiem dlaczego przekazanie tego w taki sposób wydawało mi się takie ważne! Ale takie mi się wydawało, gdy to pisałam. A jak pisałam to stale dochodziło coś jeszcze ważnego o czym warto by wspomnieć. A że napisanie tylko jednego zdania dziwie by wyglądało to tekst rozrósł się potwornie i wyszło coś takiego, co widnieje do góry :p W zasadzie teraz wydaje mi się jasne, że lepiej by było większość tych rzeczy przekazać w formie scen, wspomnień i to wcale niekoniecznie na samym początku. Nie wiem dlaczego wcześniej wydawało mi się to tak niezbędne. Biję się w piersi i zapewniam, że jest to jedyny zaplanowany fragment takiej ekspozycji xD

      Usuń
    6. "Juliette posługuje się z jednej strony bardzo prostymi konstrukcjami, głównie opartymi o czasowniki „mieć”, „być”, „móc”, „musieć”, mówi krótkimi zdaniami, a z drugiej strony używa wręcz książkowego słownictwa. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że cały jej monolog sprawia dla mnie wrażenie, długo się zastanawiałam, zanim na to wpadłam, szkolnego wypracowania. Jest tak poprawny politycznie, że aż boli. Wszystko jest od linijki, tak grzeczne, jakby mama mogła tam zajrzeć i coś przeczytać (...) Jest tak poprawna, grzeczna, ułożona, (...)"

      Teraz, co do tego fragmentu, to jest to całkiem trafiony opis Juliette, jaką chciałam przedstawić. Podobnie z jej lekką dziecinnością. Tak, to było celowe i takie odczucie na jej temat powinniście mieć. W końcu, tak jak zauważyłaś, ma dopiero 17 lat (owszem, wczesne dzieciństwo spędziła z dwoma dorosłymi kobietami, ale potem trafiła do szkoły). Nie chciałam z tym przesadzić, żeby bohatrka nie stała się męczącą naiwniaczką... no nie wiem... trudna sprawa. W każdym razie cel był taki, żeby pokazać, że bohaterka jest jeszcze torchę dziecinna, a poza tym grzeczna, poprawna, ułożona, taka od linijki, jak przystało na porządnego kujonka ;) To nie miały być do końca jej negatywne cechy. Nie wiem na ile się to udało. Napisałaś, że nie jest męczennicą jak Bella, co bardzo bardzo mnie cieszy, bo tego za wszelką cenę chciałam uniknąć.

      W sumie zdziwiło mnie, że przypadł Ci do gustu ten fragment, w którym przytaczam opowieść matki. Jeny, nieźle napsuł mi on krwi! No ale może po przydługim i nudnawym wstępie Juliette był jak wybawienie, wreszcie coś się zaczęło dziać :p Miałam z tym duży problem, więc cieszę się, jeśli ostatecznie wyszło znośnie. Odnosząc się do tego co napisałaś, chciałam to pokazać z dłuższej perspektywy. Tzn. Juliette przypominała sobie te wydarzenia (tę opowieść matki) po pół roku, czyli jakby już z pewnym dystansem. Stąd brak tych wielkich emocji przy wiadomości o tym, że jest spokrewniona z Vlodemortem... Przeczytałam to sobie jeszcze raz i w sumie nie wiem czy naprawdę ten fragment różni się tak bardzo od wcześniejszych. To znaczy wszędzie starałam się, żeby Juliette opisywała swoje uczucia, ale to nie są emocje, które towarzyszą jej w tej chwili. Mówi o tym co czuła wtedy. Natomiast ten fragment: "Czyż to nie ironia losu?..." jest w zasadzie taką wstawką jej obecnych myśli. Wspomina moment, gdy się o tym dowiedziała i teraz (pół roku później, leżąc w łóżku, w domu w którym się ukrywa) myśli sobie: "Kurde, ale ironia losu! Nigdy nie poznałam swojego ojca, a teraz ktoś ściga mnie z jego powodu, a ja muszę uciekać i moje życie jest do dupy!". Tak mniej więcej :p To znaczy ja się nie upieram, że to mi się super udało... w zasadzie, tak jak mówiłam, miałam z tym wielki problem. W ogóle zauważyłam, że mam problem z opisywaniem sytuacji dramatycznych w pierwszej osobie... Kolejną okazję miałam już w następnym rozdziale. Zobaczymy, jak to ocenisz. Tutaj chciałam uniknąć tandetnych tekstów: "Co? Jak to możliwe? Nie wierzę!", które mi przychodzą do głowy jako prawdziwa reakcja w głowie tej osoby... rozumiesz o co mi chodzi? Że w podobnej sytuacji bohater(człowiek generalnie) ma w głowie chaos, straszną gonitwę myśli... No i teraz, jeśli opisujemy to z pierwszej osoby, to trudno to przekazać, żeby miało ręce i nogi. Z drugiej strony, jeśli napiszemy coś w stylu "Miałam w głowie kompletny chaos. Nie wiedziałam co powiedzieć." to brzmi to bardziej jak zdanie wyrwane z pamiętnika, które pisze się po jakimś czasie od zdarzenia. No... nie wiem czy wiesz o co mi chodzi. Może to tylko ja mam z tym problem?

      Usuń
    7. Wracając...
      Reakcja na brak w życiu ojca też sprawiła mi pewien kłopot. Jak się teraz zastanowiłam, to wydaje mi się, że w realu nie znam żadnej osoby, będącej w podobnej sytuacji do Juliette. (W takim sobie wyidealizowanym świecie żyję :p). Dlatego też trudno mi coś powiedzieć, ale wydawało mi się, że tęsknota dziecka za posiadaniem tego co mają inne dzieci (ojca) jest naturalna. Jak również pytania do matki, które się pojawiły, gdy mała Juliette zauważyła, że koleżanki mają jeszcze jednego członka rodziny, którego ona nie posiada. Brak odpowiedzi wynika tutaj bardziej z tego, że Jay cały czas obawiała się o to, że ktoś będzie je ścigał. Dlatego zresztą zerwała kontakty ze wszystkimi. Zauważ, że mówię tutaj tylko o odczuciach Juliette, jako małej dziewczynki. Nie wspominam o tym co myśli teraz, albo jaki to miało na nią wpływ, lub jaki będzie miało w przyszłości. Wspomina, że też chciała mieć tatusia, jak koleżanki (czy z dziećmi tak nie jest, że zazwyczaj chcą się dopasować do grupy? Przynajmniej na początku.), potem poszła do szkoły z internatem i to przestało mieć takie znaczenie. Przestała o tym myśleć.

      Jeśli chodzi o Jovite i Luke'a to najważniejsze zapamietałaś! :D Cała reszta zostanie odpowiednio(mam nadzieję) przypomniana lub wprowadzona, gdy będzie taka potrzeba.
      Natomiast historia Jay jest bardziej skomplikowana, ale nie jest w tej chwili tak istotna. To znaczy, sama Juliette za bardzo nie ogarnia przeszłości swojej matki. No, na razie chyba nic więcej nie powiem :p

      Jeszcze chciałam się odnieść do tego męczącego fragmentu, który przytoczyłaś i ogólnie zarzutu o krótkich, prostych zdaniach. To jest raczej wypadek przy pracy, choć, być może, miała na to również wpływ chęć wykreowania bohaterki na odrobinę dziecinną. W każdym razie chodzi o to, że ja mam raczej tendencję do tworzenia długich zdań wielokrotnie złożonych, za co stale wyzywa mnie mój mąż :p Może trochę zauważyłaś to po moich komentarzach, chociaż tutaj dochodzi jeszcze kwestia szybkości pisania. To znaczy zazwyczaj moje palce nie nadążają za myślami, dlatego piszę chyba trochę chaotycznie. W każdym razie ogólnie lubię zdania złożone, a dodając do tego moje problemy z interpunkcją tworzy się kombo. Chciałam uniknąć masakry i również z tego wynika pewnie to o czym wspomniałaś. Ten tekst był również wielokrotnie przeze mnie czytany i edytowany... Może się trochę zakręciłam. Chyba ekspozycja zmęczyła i mnie :p

      Bardzo, bardzo Ci jeszcze raz dziękuję za ten komentarz, miłe słowa i krytykę. Biorę sobie do serca i głowy wszystkie uwagi i mam nadzieję, że dalej będzie coraz lepiej!

      Ściskam Cię, miłego weekendu! :)

      Usuń
    8. Cieszę się niezmiernie, że z dwóch możliwych reakcji wybrałaś właśnie tę - no bo ja nie przyszłam Cię tu zgnoić, a zwyczajnie wyrazić opinię. Sama wiem, że komcie "fajnie piszesz!" podnoszą na duchu, ale te, po których widzę, że ktoś zatrzymał się i chwilę pomyślał, no i miał chęć jednak wskazać mi, co mogę jeszcze poprawić, cieszą najbardziej.

      W każdym razie cel był taki, żeby pokazać, że bohaterka jest jeszcze torchę dziecinna, a poza tym grzeczna, poprawna, ułożona, taka od linijki, jak przystało na porządnego kujonka ;) To nie miały być do końca jej negatywne cechy. - No dla mnie męcząca była w tej swojej szkółkowości. A może nawet nie jej ułożenie mnie tak drażniło, co styl pisania. Będę teraz wyolbrzymiać, ale zabrzmiało mi to jak...
      Drogi pamiętniczku,
      Mam 17 lat, kiepsko układa mi się z mamą, mam fajną ciocię, no i strasznie tęsknię za tatą, którego nigdy nie poznałam. W szkole robię: to, to i to. amy przedmioty takie, takie i takie. Przyjaźnię się z Iks, która jest taka, taka i taka, a także z Igrekiem, który jest taki, taki i taki.
      Odniosłam wrażenie, jakby Juliette pisała wypracowanie do szkoły, które pisze według jakiegoś planu ala te dostępne na ściądze: http://sciaga.pl/tekst/96968-97-plan_charakterystyki. Już po Twojej stronie zostawiam, czy tak chciałaś, czy nie. :)

      Przeczytałam to sobie jeszcze raz i w sumie nie wiem czy naprawdę ten fragment różni się tak bardzo od wcześniejszych. To znaczy wszędzie starałam się, żeby Juliette opisywała swoje uczucia, ale to nie są emocje, które towarzyszą jej w tej chwili. Mówi o tym co czuła wtedy.
      Wydaje mi się, że trochę mylisz to, co napisałam. Wskazałam, że od momentu, w którym pojawiają się wspomnienia Jay, kończą się te wielkie ekspozycje, ale przemyślenia o Voldeorcie są średnie, bo mało prawdopodobne wydaje mi się, aby ktoś tak bezpłciowo reagował - nawet mimo Twoich tłumaczeń teraz - na wieść, że jest spokrewniony z Voldem. Tak, nawet po pół roku.

      Z drugiej strony, jeśli napiszemy coś w stylu "Miałam w głowie kompletny chaos. Nie wiedziałam co powiedzieć." to brzmi to bardziej jak zdanie wyrwane z pamiętnika, które pisze się po jakimś czasie od zdarzenia. No... nie wiem czy wiesz o co mi chodzi. Może to tylko ja mam z tym problem?
      Nie bardzo rozumiem...? Sceny akcji pisane w czasie przeszłym dają rzeczywiście wrażenie, jakby akcja działa się teraz, ale wszystkie sceny przemyśleniowe w czasie przeszłym będą miały charakter scen pisanych po dłuższym czasie. Taki urok. Jak przeniesiesz się na "Jak to możliwe, nie wierzę!", zaczniesz mieszać czasy. Nie wiem, czego byś oczekiwała od tej narracji, stąd może nie do końca wiem, co Ci poradzić. XD

      Jasne, że tęsknota za ojcem jest naturalna. Ale nie wszystkie dziewczynki tęsknią za ojcem w taki sam sposób, że wyobrażają sobie ojca stającego w drzwiach, jak to się zwykle przedstawia w literaturze czy opowiadankach. I o to mi chodzi. Jeden motyw można albo pokazać tak, jak wszyscy go pokazują, albo zrobić z niego motyw bardziej osobisty la opowiadania. Niektórym może ojca brakować, bo np. mama jej nie zabiera na rower, a niektóre po prostu chcą mieć tatę, bo inni mają, choć ich mamy w sumie pełnią rolę i mamy, i taty i niczego im teoretycznie nie brakuje.
      Tęsknota ta może się objawiać się w różnych marzeniach: że tata od początku był z mamą, albo że kiedyś w końcu je odnajdzie, bo się tak naprawdę zgubił i dlatego go nie ma z nimi na co dzień. Poznałam kiedyś dziewczynę, która zaczęła sobie wmawiać, że jej tata jest tajnym agentem, którego wysłano na misję i dlatego jej mama nic jej nie mówi o tacie, bo to tajemnica państwowa. To akurat ma trochę śmieszkowy wydźwięk, ale chodzi mi o to, żebyś nadała tej tęsknocie bardziej osobistego tonu, a na pewno stanie się mniej tandetna i powtarzalna. Tym bardziej mnie to poraziło, że to było trzecie opko na przestrzeni ostatniego miesiąca, gdzie dziewczyna tęskni za tatą niemal w tych samych słowach.

      Pozdrawiam Cię również i z niecierpliwością wypatruję nowego rozdziału. :)

      Usuń
  2. Hej, hej! Ja jak zwykle spóźniona, ale jestem :D
    Strasznie długie te Twoje rozdziały! Weszłam z nastawieniem, że zajmie mi to chwila moment i czytałam i czytałam i czytałam. To oczywiście na wielki plus! Uwielbiam dostawać konkretny, długi rozdział, nad którym mogę trochę posiedzieć :)
    Muszę przyznać, że prolog czytało się lepiej od tego rozdziału. Nie krytykuję tutaj samego rozdziału - dowiadujemy się w nim wielu ważnych rzeczy, mamy pięknie nakreślony kontekst itd., jednak te opisy... Masa opisów... Tonęłam w opisach. Może taki dzień po prostu, ale jakoś ciężej było mi przez to przebrnąć. Niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że to dopiero początek i dopiero teraz zacznie się akcja-akcja i czekam na nią z niecierpliwością!
    Poza tym chciałam powiedzieć, że bardzo podoba mi się twój styl, sposób pisania, jest taki dojrzały, stonowany, bardzo przyjemny. Nie wiem skąd Twoje wątpliwości co do pisania, z którymi spotkałam się wcześniej. Pisz jak najwięcej, bo robisz to dobrze!

    Przepraszam że dzisiaj tak krótko, ale mam głowę zawaloną mnóstwem rzeczy i straszny problem ze skupieniem się i odniesieniem należycie do treści :( Obiecuję poprawę w przyszłości. Na pewno będę czytać dalej, bo historia jest nietendencyjna i zaciekawiła mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biję się w piersi, bo wiem, trochę tu przesadziłam... Dalej nie będzie już tak długo, a przynajmniej nie będzie tak męcząco. Taką przynajmniej mam nadzieję :p
      Moje wątpliwości wynikały przede wszystkim z tego, że (z powodu profilu w liceum i kierunku studiów) bardzo długo nic nie pisałam. Zresztą chyba Ci już kiedyś o tym wspominałam ;) Dawno temu, w gimnazjum niby całkiem dobrze pisałam. Ale to było taaaaak dawno! I od tego czasu strasznie się uwsteczniłam. Serio, jak patrzę na swoje teksty z tamtego czasu to wydają mi się lepsze niż obecne. No ale nie poddaję się. Mam nadzieję to odzyskać. Druga poważna wątpliwość to moja wieczna prokrastynacja i słomiany zapał. Tak, to może wszystko zepsuć. Ale już tylko miesiąc i praktycznie rzecz biorąc koniec studiów (przynajmniej w tym standardowym, aż za dobrze znanym mi, wydaniu)! Odzyskam wreszcie swoje życie, haha :D

      Dziękuję Ci bardzo za komentarz i miłe słowa. To, że jesteś tutaj wiele dla mnie znaczy :) Doskonale rozumiem styczniowe, przedsesyjne zabieganie :/ Trzymaj się i powodzenia w zakończeniu semestru!

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Oj tam, zawsze na blogach spotykałam się ze stwierdzeniem "wybaczam, bo to początek i musi być trochę nudny", także krzywda nikomu się nie dzieje ;)
      W ogóle zachwyciła mnie wizja tego małego miasteczka, w którym J. się wychowywała, ten "mugolski butik", wyłączność na magię wśród mnóstwa mugoli i ciotka. Nie wiem czemu, ale jakoś lubię takie klimaty :D
      No, to teraz rozwiewam Twoje wątpliwości i mówię, że bardzo mi się podoba to jak piszesz. E tam, nie wierzę, że w gimnazjum lepiej pisałaś, bo przez ten czas na pewno bardzo się rozwinęłaś tak wewnętrznie i samo to dodaje już mnóstwo profesjonalizmu i "tego czegoś" do pisania. Tzn. oprócz talentu, bo talentu też trzeba trochę mieć (a Ty masz, więc nie zagłębiam się w szczegóły).
      I ja też prokrastynuję. Teraz uskuteczniam "produktywną prokrastynację", czyli w przeciągu tygodnia machnęłam dwa rozdziały, takie tam prawie 30 stron, bo tak bardzo nie miałam ochoty na robienie rzeczy, które powinnam robić. A w międzyczasie zmuszona deadline'ami (nic tak nie motywuje jak stary dobry deadline) zrobiłam jeszcze kilka rzeczy, więc jakbym tak sobie codziennie siedziała i siedziała i dumała to by było więcej niż 2 rozdziały.
      Wrr, ja też mam tylko ten miesiąc studiów, później muszę skończyć pisać magisterkę, obronić się i ogarnąć życiowo. Mnie to raczej przeraża i przytłacza niż cieszy :/
      Też powodzenia dla Ciebie ;)

      Usuń
    4. Ja myślę, że się zestarzałam i nie mam już zdrowia do studiowania xD Co jest dziwne biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno rozważałam studia doktoranckie... W każdym razie studia magisterskie na polibudzie to jest śmiech na sali. Naprawdę robimy to tylko dla papierka. Nie mogę już znieść tych bezsensownych zajęć, na których oczywiście trzeba być, bo wszędzie są listy xD Dlatego się cieszę niezmiernie, że to już koniec. Tym bardziej, że moja prokrastynacja, z którą toczę od lat walkę, kosztuje mnie coraz więcej stresu. Nerwy już nie te i nie potrafię "mieć wyjebane". System sesyjny nigdy mi nie służył :p Być może kiedyś to odszczekam, ale póki co naprawdę wydaje mi się, że wolę pracować!
      A Ty jak tam? Jakie plany na przyszłość? Nadal czekam na maila z Twoją historią :D

      Usuń
  3. O rety jestem pod wrażeniem.
    Przede wszystkim długością rozdziału, wspaniałą ilością tekstu i niezwykłymi opisami.
    Po prostu mnie zachwyciłeś.
    Naprawdę masz prawdziwy talent i umiesz pisać. To się bardzo rzadko zdarza. Ta wspaniała historia sprawia, że czytam ją z wypiekami na twarzy.
    Nie spodziewałam się, że tak mnie zachwycisz. Weszłam tu przypadkiem i nie mogę wręcz w to uwierzyć.
    Zachwyciła mnie Julliette. Wyobrażam sobie co musiała czuć w tym momencie. Właśnie poznawała tajemnicę swojej matki. część życia która była przed nią do tej pory ukrywana. Te emocje i wszystko co jej towarzyszyło niemal się czuło od pierwszych linijek tekstu. Zdecydowanie umiesz bazować na emocjach. Nie będę się czepiać o przecinkach, kropkach. Nie jestem w tym najlepsza. Dla mnie liczy się tekst a on jest naprawdę wspaniały. I nie daj sobie wmówić nikomu że jest inaczej. Pozdrawiam serdecznie i życzę weny bo ona jest najważniejsza.

    www.pokochac-lotra.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że Ci się podobało :) Mam nadzieję, że ten przypadek, który Cię tu przyprowadził, przemieni się w nawyk i jeszcze Cię tu spotkam. Dalej będzie coraz lepiej. A przynajmniej postaram się, żeby tak było!
      Dziękuję za miły komentarz i pozdrawiam :)

      Usuń