23 marca 2016

Przeznaczona. Prolog

Betowała: Katja

"Bywają minuty, gdy się w świadomości przeżywa
znacznie więcej niż przez całe lata."
Fiodor Dostojewski

Był późny listopadowy wieczór. Drobnej budowy kobieta szybkim krokiem przemierzała jedną z głównych londyńskich ulic. Starała się nie iść zbyt szybko, chociaż miała ochotę biec, żeby już znaleźć się na miejscu. W lekkim, przejściowym płaszczu i chustce na głowie nie wyróżniała się niczym szczególnym z tłumu otaczających ją mugoli.
Wiatr zawiał, więc szczelniej opatuliła się płaszczem, zaciskając mocno palce na różdżce, ukrytej w kieszeni. Co jakiś czas rozglądała się ukradkiem, chociaż nikt nie miał prawa jej tutaj szukać. Wiele lat minęło od momentu, kiedy ostatni raz była w Londynie lub innym dużym mieście, dlatego czuła się dość nieswojo wśród tłumu śpieszących gdzieś ludzi i kolorowych świateł witryn sklepowych.
Z ulgą skręciła w jedną z bocznych ulic – nie dlatego, że panował tam większy spokój, ale widziała wreszcie cel swojej wędrówki.
Przyspieszyła, nie dbając już o pozory i pragnąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Z ulgą znalazła się w przytulnym wnętrzu zwykłej mugolskiej kawiarni. Budynek nie mógł wprawdzie uchronić jej przed śmierciożercami, ale przed wieczornym chłodem Londynu, od którego zdążyła już odwyknąć, owszem.
Zdjęła chustę i, rozpinając płaszcz, zrobiła kilka kroków w głąb lokalu. Było to bardzo ładne miejsce. Wnętrze zachowano w klasycznym, angielskim stylu. Ściany pokryto wytłaczaną wzorami tapetą, której koloru nie była pewna, ponieważ światła zostały przyćmione.
Mrużąc oczy, rozglądała się uważnie, a jednocześnie jak najbardziej dyskretnie, po siedzących gościach. Oświetlenie wprowadzało miły nastrój, jednak w tamtej chwili irytująco komplikowało jej zadanie.
W końcu w rogu lokalu dojrzała starszego mężczyznę z długą brodą, który przyglądał jej się znad swoich okularów-połówek. Ruszyła w jego stronę, odnotowując, że prawie wcale się nie zmienił.
Gdy się zbliżyła, podniósł się, żeby ją powitać.
– Dobrze cię widzieć. Okropny dziś wieczór, nie rozpieszcza nas tegoroczna jesień – odezwał się wesoło z promiennym uśmiechem na wyżłobionej zmarszczkami twarzy.
Kobieta skinęła w milczeniu, nie do końca wiedząc, jak odpowiedzieć na to przywitanie. Zdawała sobie wprawdzie sprawę, że profesor to dziwaczny człowiek, jednak udawanie, że od ich ostatniego spotkania nie minęło dwadzieścia lat, wydało jej się odrobinę nie na miejscu.
Zdziwiła się, widząc dwie szklanki z wodą stojące na stoliku. W pierwszej chwili pomyślała, że może profesor zdążył coś dla niej zamówić, potem jednak zauważyła, że z obu zdawał się już ktoś pić. Nie skomentowała tego. Odsunęła sobie krzesło, żeby usiąść, ale mężczyzna powstrzymał ją ruchem ręki.
– Usiądź, proszę, tutaj, mamy jeszcze jednego towarzysza – powiedział, wskazując jej fotel bliżej siebie.
Zaskoczyło i zaniepokoiło ją to. Na nic takiego się nie zgadzała. Nie mogła sobie przypomnieć, żeby Dumbledore wspomniał, że będą mieli jakieś towarzystwo.
– O, już idzie z naszą gorącą czekoladą – dodał, zanim zdążyła o to zapytać. – Piłaś ją kiedyś? Coś wspaniałego. Uwielbiam mugolskie słodycze.
Ale ona już nie słuchała paplaniny mężczyzny, ponieważ podążyła za jego wzrokiem i zesztywniała, widząc zmierzającego w ich kierunku człowieka. Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy i robi jej się słabo. To nie mogło dziać się naprawdę. Mężczyzna trochę się postarzał, od ich ostatniego spotkania, ale nie było mowy o pomyłce.
Dumbledore zauważył jej niespokojną reakcję.
– Wszystko w porządku. Severus jest po naszej stronie. To mój człowiek – powiedział łagodnie, kładąc jej uspokajająco rękę na ramieniu, gdy zacisnęła palce na różdżce.
Drgnęła lekko zaskoczona tym gestem. W międzyczasie Snape pokonał dzielący ich dystans i postawił na stoliczku tacę z trzema parującymi filiżankami. Wyprostował się i zlustrował ją spojrzeniem. Ona również nie odrywała od niego wzroku.
– Mój człowiek…? – powtórzyła z niedowierzaniem słowa Dumbledore’a.
– Witaj, Jay – odezwał się Snape, a na jego usta wpełzł kpiący uśmieszek. – Kopę lat.
Kobieta wzdrygnęła się na dźwięk zdrobnienia, którym od dawna nikt już się do niej nie zwracał.
– Co ty tutaj robisz? – wyszeptała, przyglądając mu się w osłupieniu.
– Długa historia – odparł wymijająco.
– Usiądźmy, czekolada stygnie. – Profesor zatarł ręce, jakby to był główny cel, dla którego tutaj przyszedł.
On i Snape zajęli swoje miejsca, więc kobieta z lekkim opóźnieniem również usiadła. Nie czuła się jednak komfortowo po tej niezbyt miłej niespodziance. Zastanawiała się gorączkowo, co robił tu ten człowiek. Nie mogła uwierzyć, że naprawdę był po stronie Zakonu. Pamiętała go jako jednego z najwierniejszych śmierciożerców Czarnego Pana. Kojarzył jej się ze wszystkim najgorszym, co spotkało ją w życiu, z najmroczniejszą przeszłością. Nie sądziła, że jeszcze kiedyś go spotka.
– Moja droga –  zaczął uprzejmie Dumbledore, ale zawahał się. –  Wybacz, ale jak właściwie powinienem się teraz do ciebie zwracać? – zapytał, posyłając jej przepraszający uśmiech.
– Nazywam się Trista Leclair – odpowiedziała cicho.
Szyderczy uśmiech nie schodził z twarzy Severusa, więc odwróciła od niego wzrok i skupiła swoją uwagę na Dumbledorze. Profesor wykazał się wyrozumiałością i zachował się, jakby pytanie o nazwisko swoich dawnych uczniów stanowiło dla niego zupełnie naturalny początek rozmowy. Była mu za to bardzo wdzięczna. Nie miała ochoty dyskutować na temat swoich wyborów życiowych szczególnie w obecności kogoś pokroju Snape'a.
– Oczywiście. W takim razie, Tristo, cieszę się niezmiernie, że zgodziłaś się na tę rozmowę – rzekł Dumbledore, stawiając przed nią jedną z filiżanek.
W odpowiedzi tylko skinęła nieznacznie. Sama nie mogła powiedzieć, żeby to spotkanie napawało ją szczególną radością.
– Przyznam, że nie było łatwo cię odnaleźć – kontynuował starzec. – A gdy już udało mi się trafić na twój trop, nie wiedziałem, jak dotrzeć do ciebie, żeby cię nie przestraszyć. Na szczęście pani Jasmine wysłuchała mnie i zgodziła się przekazać ci informacje.
– Powiedziała mi, że waszym zdaniem moja córka jest spokrewniona z Czarnym Panem – odpowiedziała chłodno Trista, nadając swoim słowom odrobinę szyderczą nutę, żeby w ten sposób okazać powątpiewanie dla tej tezy.
Dumbledore milczał przez chwilę, przyglądając jej się z życzliwym wyrazem twarzy. Być może nie oczekiwał tak szybkiego przejścia do meritum sprawy, ale kobieta nie miała zamiaru bawić się w sztuczne uprzejmości. Przed laty nie rozstali się w szczególnie miłych okolicznościach i nie zamierzała udawać, że było inaczej. Gdyby nie nalegania ciotki Jasmine, nie zgodziłaby się spotkać z nikim ze swojej przeszłości.
– Tak wynika z moich badań – powiedział w końcu Dumbledore.
– Nie wierzę – odpowiedziała stanowczo, ostrzej, niż zamierzała.
– To nie jest kwestia wiary – mruknął Snape.
W odpowiedzi rzuciła mu nieprzychylne spojrzenie.
– Co to w ogóle za pomysł? To jakieś szaleństwo – oznajmiła z wyższością.
Albus znów nie spieszył się z odpowiedzią. Zdawał się być całkowicie zrelaksowany. Zamiast się odezwać wyciągnął z wewnętrznej kieszeni szaty plik kartek. Przyjrzał się krótko pierwszej z nich, po czym położył ją na stole przed Tristą.
– Poznajesz tego mężczyznę? – zapytał cicho z nutą żywego zainteresowania w głosie.
Spojrzała na leżące przed nią zdjęcie. Przedstawiało jakiegoś ciemnowłosego mężczyznę w średnim wieku, o nieobecnym, ponurym spojrzeniu zielonych oczu. Nie wydał jej się znajomy.
– Powinnam? – zapytała ostrożnie, spoglądając pytająco na Dumbledore’a.
Snape prychnął szyderczo, jednak nie zwróciła na niego uwagi. Nie odrywała spojrzenia od starca, który znowu nie udzielił jej odpowiedzi. Zamiast tego położył przed nią kolejną fotografię.
– A teraz? – zapytał uprzejmie, jakby byli na jakimś egzaminie i właśnie dał jej lekką podpowiedź.
Spojrzała na drugie zdjęcie i żołądek podszedł jej do gardła. Przedstawiało tego samego mężczyznę, tylko kilkanaście lat młodszego. Dopiero teraz dojrzała podobieństwo. Mimo upływu lat poznała go od razu. Skierowała niepewne spojrzenie na Dumbledore’a, obawiając się odpowiedzieć. Dyrektor prawidłowo zinterpretował jej milczenie.
– To Roger Swith – wyręczył ją. – Czy kontaktowaliście się w ciągu tych wszystkich lat?
– Nie – odpowiedziała szeptem, ponieważ gardło boleśnie ścisnęło jej się ze zdenerwowania.
– Prawdopodobnie więc nie miał on pojęcia o tym, że posiadał córkę, prawda? – zasugerował ostrożnie Dumbledore, szukając u niej potwierdzenia.
Skinęła nieznacznie, na co czarodziej uśmiechnął się do niej pogodnie.
– To dobra wiadomość – powiedział. – Czy istnieje ktokolwiek, kto wie, kim jest ojciec Juliette?
Trista zastanawiała się chwilę.
– Nie, nikt – odpowiedziała w końcu.
– To nie do końca prawda – odezwał się Snape, zwracając na siebie uwagę pozostałych rozmówców. – Pamiętam, jak Roger pojawił się wśród śmierciożerców. Szukał ciebie.
Trista patrzyła na niego z kamienną twarzą.
– Powiedziałam mu, że to nie jego dziecko. Od tego czasu nigdy więcej nie mieliśmy żadnego kontaktu – oznajmiła chłodno.
– Owszem – przyznał Snape. – Ale był ktoś, kto znał prawdę. Ktoś, z kim przyjaźniłaś się w tamtym czasie i kto wprowadził cię w szeregi śmierciożerców.
– Zaginął lata temu – przerwała mu ostrym tonem.
– Tak – zgodził się po raz kolejny. – Biorąc pod uwagę twoją rozpacz po jego zaginięciu, większość z nas nie miała powodu by wątpić, że to on jest ojcem dziecka.
Nagły przypływ nienawiści sprawił, że zabrakło jej słów, gdy z beztroską wspominał tak bolesne dla niej wydarzenia. Milcząc, patrzyła jedynie w jego ciemne oczy, nie rozumiejąc, do czego zmierzał.
– To by nawet była korzystna przykrywka – kontynuował beznamiętnie, niezrażony jej zniesmaczeniem. – Ale niestety istnieje to.
Tym razem on wyciągnął na stół jakieś kawałki pergaminu i pomachał nimi w kierunku Tristy. Wzięła je od niego drżącą ręką. Po raz kolejny jej wnętrzności wywinęły koziołka, gdy poznała swoje listy.
– Skąd to masz? – szepnęła zszokowana.
– Dom Blacków jest obecnie kwaterą główną Zakonu Feniksa – wyjaśnił Dumbledore. – Ale nie ma powodów do obaw – dodał szybko. – Wygląda na to, że byliśmy pierwszymi, którzy przeglądali rzeczy Regulusa od momentu jego zaginięcia.
Kobieta przyglądała się leżącym przed nią pergaminom, czując ukłucie w sercu na widok apostrof do swojego najlepszego przyjaciela i jedynego mężczyzny, którego darzyła w życiu prawdziwym uczuciem. Po raz pierwszy od lat pozwoliła sobie na powrót do wspomnień mrocznych lat, w których na świat przyszła Juliette, a jej serce wypełnił dawny żal.
– Roger Swith został zabity przez śmierciożerców trzy miesiące temu.
Z zamyślenia wyrwały ją słowa Dumbledore’a. Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Nie mogła powiedzieć, by ją i ojca Juliette łączyła głęboka więź, ale informacja o jego śmierci naprawdę nią wstrząsnęła.
– W tej chwili istnieją tylko trzy osoby, które znają prawdę o pochodzeniu Juliette i wszystkie siedzą przy tym stole – zapewnił Dumbledore.
Nie była pewna, jak powinna zareagować na tę informację, ale zdecydowanie nie poczuła ulgi. Miała przeczucie, że to nie koniec rewelacji. Nie ulegało wątpliwości, że ci dwoje nie zadali sobie trudu ściągnięcia jej tutaj tylko po to, żeby zapewnić ją, że Juliette nie grozi żadne niebezpieczeństwo.
– Jakiś czas temu Severus poinformował mnie, że Lord Voldemort z jakiegoś powodu poszukuje Rogera – odezwał się dyrektor, potwierdzając jej obawy. – Co więcej, wydał swoim śmierciożercom rozkaz, by zabić każdego członka rodziny Swithów. Niestety nie udało mi się dotrzeć do nich na czas, żeby ich uratować. Nurtowało mnie jednak, dlaczego było to takie ważne dla Vordemorta. Udało mi się dowiedzieć, że nikt nigdy nie poznał dziadka Rogera, a jego ojciec przejął nazwisko po matce, która wychowała go samotnie w pobliżu wioski Little Hangleton.
Trista była tak rozproszona, że pogubiła się już na samym początku tej opowieści. A może po prostu nie chciała tego słuchać. Podświadomie odmawiała choćby rozważenia tej przerażającej możliwości, że jej córeczka jest spokrewniona z najgorszym czarnoksiężnikiem w historii.
– W Little Hangleton mieszkali rodzice Toma Riddle'a, znanego szerzej jako Lord Voldemort – kontynuował Dumbledore. – Wygląda na to, że dziadek Juliette był jego najbliższym kuzynem.
Na dłuższą chwilę zapadło milczenie. Trista przyglądała się Albusowi tak, jakby oczekiwała, że za chwilę oznajmi, że to wszystko jest tylko kiepskim żartem. Nic takiego jednak się nie wydarzyło.
– To jakieś szaleństwo – powtórzyła prawie szeptem bardziej do siebie samej niż do siedzących przy stole mężczyzn.
– Co teraz? – zapytała drżącym głosem, po kilku minutach napiętej ciszy.
– To wszystko zależy – odparł spokojnie Dumbledore, składając dłonie w charakterystycznym dla siebie geście.
Uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.
– Nie mamy pewności, ile wie Voldemort, dlatego proponowałbym ostrożność, a najlepiej ukrycie się. Zakon może zapewnić wam najwyższe środki bezpieczeństwa.
– Nie ma potrzeby. Radzę sobie od lat. Potrafię zadbać o siebie i swoją córkę – zapewniła szybko Leclair.
Dumbledore zawahał się na chwilę, ale prawie natychmiast znów uśmiechnął się uprzejmie.
– Gdybyś potrzebowała czegokolwiek, służymy pomocą.
Kobieta skinęła głową, na znak, że przyjęła to do wiadomości.
– Pozostaje jeszcze jedna kwestia. – Tym razem obdarzył ją długim, poważnym spojrzeniem, a ona poczuła ciarki na plecach. Domyślała się, czego jeszcze może się spodziewać. – Ze względu na jej pokrewieństwo z Voldemortem Juliette mogłaby okazać się pomocna w wojnie.
Ogarnęły ją mdłości, gdy tymi słowami Dumbledore potwierdził jej najgorsze przewidywania. Chcieli zabrać Juliette. Zmusić do walki, wplątać w to wszystko, przed czym próbowała ją chronić, uciekając lata temu z Wielkiej Brytanii  i zmieniając nazwisko.
– Co znaczy, że mogłaby być pomocna? – zapytała ostrożnie, z mocno bijącym sercem.
– Nic wielkiego – zapewnił szybko starzec. – Harry Potter jest na dobrej drodze do pokonania Voldemorta. Gdyby miał po swojej stronie Juliette, jego zwycięstwo byłoby niemal pewne.
Uwadze Tristy nie uszło, że po tych słowach Snape skierował spojrzenie na dyrektora, a jego oczy zwęziły się odrobinę. Czuła, że Dumbledore nie mówi jej wszystkiego.
– Z tego, co kojarzę, dziewczyna jest pełnoletnia, prawda? – przerwał przedłużającą się ciszę Severus. – W gruncie rzeczy nie potrzebna jest tutaj niczyja zgoda.
Kobieta rzuciła mu wrogie spojrzenie.
– Nikt nie będzie decydował o losie mojej córki – oznajmiła ostro, patrząc gniewnie na Snape’a.
– Oczywiście nie zamierzamy zmuszać do niczego ani ciebie, ani Juliette – zapewnił Dumbledore. – Jednak zakończenie wojny leży, jak mniemam, w interesie nas wszystkich.
– Oczywiście – odpowiedziała zdawkowo z lekkim opóźnieniem.
Dumbledore uśmiechnął się do niej pogodnie, jakby w ogóle nie zauważył jej zawahania.
Przez kilka minut znów wszyscy milczeli, pogrążeni we własnych myślach. Trista rozważała gorączkowo swoje położenie. Nagle bardzo wyraźnie uderzyła ją powaga sytuacji. Los zdawał się z niej igrać. Historia jej życia zatoczyła koło. Przeszłość, przed którą uciekała, paląc za sobą wszystkie mosty, dopadła ją w końcu.
Oto spotkali się tutaj we troje: Albus Dumbledore – wielki czarodziej, największy przeciwnik Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i założyciel Zakonu Feniksa; Severus Snape – Ślizgon, od zawsze parający się czarną magią, najwierniejszy ze znanych jej śmierciożerców Czarnego Pana, i ona – zdrajca, uciekinier. Siedzieli przy jednym stole w tej mugolskiej kawiarni rozmawiając o wojnie, walce, pokonaniu Voldemorta i o roli, jaką mogłaby w tym wszystkim odegrać Juliette. Oto w tym momencie ważyły się losy jej córki.

***

Z jednego z identycznie wyglądających, ponurych domków na Spinner’s End wyszły dwie osoby i szybkim krokiem ruszyły w dół ulicy. Było już po północy i mimo nadchodzącego lata dookoła unosiła się gęsta mgła, nadająca otoczeniu złowrogi nastrój. Wysoki komin starej fabryki majaczący w oddali jedynie pogłębiał to wrażenie.
Jednak dwoje śmiałków nie przejmowało się ani późną porą, ani niesprzyjającą aurą. Pokonali kilka przecznic w ciszy, przerywanej jedynie odgłosem ich kroków, aż dotarli nad rzekę. Rozejrzeli się krótko, by upewnić się, że nikogo nie ma w pobliżu. Następnie przeszli pod barierką i podążyli w dół nasypu, kryjąc się w mroku.
Z dala od zdradzieckiego światła latarni zatrzymali się na krótkie pożegnanie.
– W takim razie do zobaczenia za tydzień – odezwała się cicho kobieta.
– Jeśli szczęście dopisze, o tej samej porze – odpowiedział jej mężczyzna. – Przemyśl jeszcze sprawę.
– Nie zmienię zdania.
– To duże ryzyko.
– Wysłuchałam już twoich argumentów.
Przez chwilę panowało milczenie, w którym spoglądali na siebie spod kapturów długich szat.
– Znajdą was. To kwestia czasu – przerwał ciszę mężczyzna odrobinę ostrym tonem.
– Nie znajdą Juliette – odpowiedziała stanowczo kobieta. – Nasz plan nie ma luki.
Mężczyzna znowu przez chwilę milczał.
– To nadal bardzo ryzykowne – powiedział w końcu, ale nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Kobieta puściła tę uwagę mimo uszu.
– Dziękuję ci za wszystko – powiedziała, nie zmieniając suchego, urzędowego tonu, którym oboje się posługiwali. – Jest jeszcze jedna rzecz, o którą muszę cię prosić.
Wymienili krótkie spojrzenie i po chwili kobieta podjęła:
– Obiecaj mi, Severusie, że zaopiekujesz się moją córką, że zrobisz, co w twojej mocy by jej pomóc, jeżeli mnie zabraknie.
Przyglądała mu się intensywnie, jakby spojrzeniem mogła wymusić na nim obietnicę.
– Obiecuję – odpowiedział szorstko Snape, zastanawiając się, który to już raz w życiu przychodzi mu składać podobną deklarację i poważnie rozważając, czy nie ciąży na nim jakieś fatum lub klątwa.


6 komentarzy:

  1. W zasadzie czaję się i czaję wokół tego bloga od paru dni, ale byłam pewna, że to jakiś tandetny opek o córce Snape'a i rozboli mnie wzrok od pierwszych zdań prologu. No ale wiesz, jest trzecia z hakiem, więc pomyślałam sobie: co mnie może zabić o takiej godzinie, zwłaszcza, że jutro sześciu króli, jak to ostatnio ktoś śmiechał. Ale do rzeczy.
    Długi, długi czas myślałam, że Jay będzie siostrą Severusa. Nie wiem, chyba przez ten adres czy coś. Potem pomyślałam, że są jakimiś wrogami z lat szkolnych, może stara miłość, potem, że ich antypatia jest czysto śmierciożercza, ale kurde, ostatnia scena całkowicie mnie zbiła z tropu, bo ja już nie kumam, najpierw Jay była zła przez pojawienie się Severusa, skwitowała, że kojarzy jej się z najgorszymi rzeczami (a że jest byłą śmierciożerczynią, wyobrażam sobie same naprawdę najgorsze rzeczy), a potem okazuje mu takie zaufanie? Nie odbierz tego źle, ja nie kwestionuję, ja po prostu nie rozumiem, a chciałabym.
    Przechodząc do następnego punktu - i tu znów, nie mam nic złego na myśli, po prostu adres jasy-snape naprawdę kojarzy mi się fatalnie i spodziewałam się tu znaleźć wszystko, co najgorsze, jakieś mroczne córki Severusa czy wnuczki Voldemorta - byłam pewna, że wyłożysz się na tej rozmowie Dumbla z Jay. Tym bardziej po motywie ze zmianą imienia i tym, że córka Jay jest (wtedy śmiechłam, wybacz) spokrewniona z Voldziem. No i właśnie, wtedy też spodziewałam się, ze kompletnie pojedziesz (choć już w tym momencie byłam mile zaskoczona stroną językową i opisikami, nah, nah) po bandzie i to pokrewieństwo będzie się równało temu, że Juliette okaże się być córką Czarnego Pana. I wiesz co się stało? Kolejny raz mile się zaskoczyłam. Jezuniu, ja chyba muszę częściej z takim grobowym, trupim wręcz nastawieniem wchodzić na blogi, bo naprawdę, naprawdę jestem bardzo zdziwiona i to w sposób jak najbardziej pozytywny.
    Ale po kolei! Jest późno, mam słowotok i chaosuję.
    Chciałabym jeszcze wskazać, że bardzo ładnie poprowadziłaś element wyjaśniania nam, o co właściwie chodzi. Wyszło Ci to na tyle dobrze, że choć przedstawiasz całość łopatologicznie i nie masz w zanadrzu Harry'ego (którego zawsze w rozmowach z Dumblem miała JKR, a któremu trzeba było wszystko objaśniać i przedstawiać drukowaną czcionką, co było dla Joasi bardzo wygodne, no bo dawało jej to pole do tłumaczenia niektórych rzeczy czytelnikom), to scena dalej jest naturalna. To, że bohaterowie tłumaczą sobie nawzajem różne rzeczy, jest całkowicie zrozumiałe przez sposób, w jaki to przedstawiasz. Nawet to, że Jay przedstawia się innym imieniem, zapytana przez Dumbledore'a, ma tu sens, ba, NAWET to jego pytanie ma sens (no bo Jay się ukrywa).
    Ciekawym elementem fabularnym jest to, że Julietta jest jedynie spokrewniona z Voldziem, no i że Dumbl się o tym dowiaduje przez działania Voldzia, i że to właściwie są jakie OC-ki. Nie kumam tylko tego, jak niby Juliette miałaby być kartą przetargową w wojnie z Voldziem, który nigdy jakoś nie przejawiał chęci do posiadania potomka. Jak sama jej osoba ma niby zaważyć na tym, że nagle z jej pomocą HP niemal na sto procent wygra?
    Dochodzi czwarta, a ja już nie mam siły na pierwszy rozdział, zostawię go więc sobie na jutro. Ale już zaczynam się zastanawiać, jak to będzie, gdzie na osi czasowej będzie się plasował prolog w stosunku do pierwszego rozdziału, jak to rozwiążesz, skoro w prologu Juliette ma już siedemnastkę na karku, a z opisu opowiadania wnioskuję, że chcesz wpleść w akcję ostatni rok nauki w Big Batonie.
    Dobra, kończę na dziś i choć może średnio mogłaś to wyłapać ze zmęczonego tonu tego komentarza i mojego zrzędzenia na początku, no i tego, że w sumie spodziewałam się czegoś fatalnego (mam nadzieję, że się za to nie obrazisz), to kolejny raz podkreślę, że jestem mile zaskoczona i dobrze się bawiłam przy czytaniu tego prologu.
    Pozdrawiam ciepło i do jutra,
    mózg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję, ale chciałam mieć chwilę wolnego, żeby na spokojnie odpowiedzieć Ci na wszystko. W pierwszej kolejności bardzo Ci dziękuję za komentarz i tak długie przemyślenia. To szalenie ciekawe i inspirujące dowiedzieć się, jak jest odbierane to, co chcesz przekazać. I nowe dla mnie :D
      Kurde, czyli trochę wtopa z adresem. Prawdę mówiąc nie sądziłam, że może on budzić takie złe skojarzenia :D Jak już pewnie zauważyłaś, jest to po prostu mój nick i nie ma związku z opowiadaniem (poza oczywiście jakąś tam fascynacją postacią Snape'a generalnie). Więcej na jego temat znajdziesz w razie czego w zakładce "O mnie". W sumie nic specjalnego, nie jest on może najlepszy, ale już tyle lat jest ze mną, że całkiem się do niego przywiązałam :p
      Teraz, gwoli ścisłości, nie pomyliłaś się tak całkowicie, bo na początku rzeczywiście pokrewieństwo między Juliette a Voldemortem było właśnie takie bezpośrednie! Hahaha xD Na swoje usprawiedliwienie mam to, że pomysł ten powstał bardzo dawno temu, więc no, gdy byłam młoda i głupia :p Potem ktoś skutecznie wybił mi go z głowy i chwała mu za to! (Aczkolwiek tu jestem nadal skłonna do dyskusji, ponieważ nie potrafię w 100% uargumentować całkowitego wykluczenia opcji posiadania przez Voldzia dzieci. Bo ok, ja rozumiem i zgadzam się, że on jest niezdolny do miłości, ale moment! Kto mówi o miłości?! Czy w dzisiejszym świecie serio potrzebujemy miłości do posiadania dzieci? xD A jeśli godzimy się, że nie, to jakie jest założenie? Że Voldziu był prawiczkiem? Że nie miał popędu seksualnego? W późniejszych czasach może rzeczywiście nie, ale gdy był młody? Przecież wiemy, że był przystojny i odznaczał się urokiem osobistym. Co więcej, zdawał sobie z tego sprawę i umiał wykorzystywać to dla swoich celów. Skąd w takim razie pewność, że z nikim nie sypiał? W każdym razie biorąc pod uwagę pożądany wiek mojej bohaterki i tak Voldemort musiałby ją spłodzić, gdy był już stary i odczłowieczony, dlatego to nie miało sensu. A że pokrewieństwo było mi potrzebne do historii, musiałam wymyślić coś innego. Dlatego Juliette pochodzi od Morfina i myślę, że tak jest lepiej :D)
      Co do relacji Jay i Snape'a sama nie wiem co Ci powiedzieć, ponieważ... wydaje mi się to takie jasne. Nie sądziłam, że może to budzić konsternację, ale dobrze, że o tym piszesz. Być może czegoś zabrakło z mojej strony. Ale jeśli pozwolisz, wolałabym tego teraz nie tłumaczyć i ewentualnie wrócić do tego w przyszłości(tj. myślę, że po 3 rozdziale), jeśli uznasz, że jednak potrzeba mojego komentarza.
      Z wiadomych względów nie mogę w tej chwili zdradzić szczegółów roli Juliette w wojnie. Powiem tylko: cierpliwości :)
      Bardzo Ci dziękuję jeszcze raz za wszystkie słowa uznania, to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Nie mam Ci za złe negatywnego nastawienia :D Prawdę mówiąc uważam, że złe przeczucie czasami działa na korzyść tego, względem czego je odczuwamy. Moje najlepsze w życiu imprezy to te, na które zupełnie nie chciało mi się iść :p
      Teraz sobie tak myślę, że napisałaś "do jutra", ale więcej Twoich opinii się na blogu nie pojawiło i nie wiem czy to dlatego, że nie miałaś jednak czasu, czy może przeczytałaś pierwszy rozdział, ale masakrycznie Cię zawiódł i miałaś ochotę mnie strasznie zrąbać, więc wolałaś nic nie napisać. Tłumaczy się winny, ale przyznam, że z pierwszym rozdziałem miałam straszny problem. W każdym razie no, nie obrażę się za konstruktywną krytykę. Każda opinia, nawet(a może tym bardziej) negatywna pozwala mi się rozwijać :)
      Również Cię pozdrawiam i mam nadzieję jeszcze Cię tu spotkać!

      Usuń
    2. Ja z telefonu, wiec tylko powiem, żebyś się nie martwila, że nie przeczytałam jeszcze 1 rozdziału, bo taki plan miałam o 4 w nocy z kiedyś tam na kiedyś tam, no i potem mi to ulecialo. Nie wiem czy dziś dam rade zajrzeć, ale jutro rano na pewno! A szerzej na komis odpowiem z domu.

      Usuń
    3. W porządku, nie ma sprawy! Tak tylko na zapas się zmartwiłam :p Dzięki za info ;)

      Usuń
    4. ...dobra, próbowałam rysować, ale nie mogę znaleźć mojego ulubionego ołówkowego pędzla, no więc nic mi nie wychodzi, bo mam migrenę i w takim stanie to jak to przysłowie mówi: złej baletnicy...
      No więc zrezygnowałam z tego i tu przylazłam.
      Tak, tak: oczywiście zorientowałam się, z czym adres się je, niemniej... no. Dopiero po czasie. :D
      Cieszę się, że ktoś Ci wybił z głowy córkę Voldemorta! :D Mnie już nawet nie chodzi o to, że jest ich wysyp w sieci, nawet nie mam nic do tego, czy Voldek uprawiał seks, czy nie (nigdy z nim o tym nie gadałam), seks z miłością nie jest równy, więc to też nie to... mnie po prostu kłóci się to z polityką Voldemorta. Po co mu dziecko? Zakładał, że będzie żył wiecznie, więc dziedzic z jego punktu widzenia byłby jedynie komplikacją: mógłby chcieć przejąć jego potęgę.
      To, że Juliette pochodzi od Morfina jest naprawdę trafionym pomysłem.
      Niestety relacja Jay/Snape jest dla mnie całkowicie niejasna. Jeszcze raz przeczytałam sobie prolog i dalej nie wyłapuję tej subtelności, którą chyba powinnam... Ale ja zawsze mówiłam, że ja wolno czaję. Taie uroki bycia empatycznym retardem.

      Usuń