6 marca 2017

Przeznaczona. Rozdział 4: Misja

Betowała: Katja
"Where can I go?
When the shadows are calling
Shadows are calling me
What can I do?"

Minęły cztery dni, a Snape'a wciąż nie było. Powoli zaczęłam się zastanawiać, co bym zrobiła, gdyby w ogóle nie wrócił. Ile czasu minęłoby, zanim ktoś by tu przyszedł i mnie znalazł? Czy byłby to wróg czy przyjaciel? Czy gdyby coś mu się stało, tajemnica mojej misji odeszłaby razem z nim? Czy był ktoś jeszcze, kto coś wiedział? Kto i gdzie miałabym kogoś takiego szukać?
Ponieważ nie znałam odpowiedzi na którekolwiek z tych pytań, trwałam wciąż bezczynnie w tym ponurym domu. Nie miałam żadnego planu awaryjnego ani nawet pomysłu co mam ze sobą począć. Udzielił mi się nastrój tego miejsca albo po prostu naprawdę moje życie stało się takie beznadziejne. Nie mogłam uwierzyć, że zaledwie dwa tygodnie wcześniej razem z mamą byłam na wieczornym spacerze nad morzem. Zdawać by się mogło, że teraz znalazłam się w samym centrum wydarzeń. W końcu podjęłam już wstępną decyzję o wzięciu udziału w wojnie i wykazałam chęć poznania szczegółów mojego zadania. Byłam więc o krok od prawdziwego działania. Tymczasem nadal znajdowałam się w zawieszeniu, czekając, sama nie wiedziałam, na co właściwie. Miałam już tej sytuacji serdecznie dość.
Czwartego dnia nieobecności mojego gospodarza zjadłam obiad dość późno, w zasadzie w czasie kolacji. Dzień był niemiłosiernie upalny i wcześniej nie miałam w ogóle ochoty na jedzenie. Posprzątałam i schowałam połowę dania, które przygotowałam, na następny dzień.
Wczoraj znalazłam w spiżarni małą kolekcję zakurzonych butelek, bez etykietek, wypełnionych czerwonym płynem, i przypuszczając, że to jakieś dobrej jakości wino własnej roboty, przyniosłam jedno z zamiarem skosztowania. Wyciągnęłam kieliszek i otworzyłam butelkę. Ucieszyłam się, gdy powąchawszy, poczułam znany, wytrawny zapach. Nalałam sobie szczodrze i usiadłam na blacie z kieliszkiem w dłoni.
Miałam rację i było to naprawdę wykwintne wino. Od razu odrobinę poprawił mi się humor. Uśmiechnęłam się lekko do kota, gdy wskoczył na blat i usadowił wygodnie obok mnie. W charakterystyczny sposób podwinął wszystkie łapki pod tułów, zwijając się w kłębek. Wyciągnęłam wolną rękę i delikatnie pogładziłam jego sierść, po raz kolejny w ciągu ostatnich dni ciesząc się z tego towarzystwa.
Czyż teraz nie jest tu o wiele ładniej? Jak sądzisz, Czarna? odezwałam się do towarzyszącego mi zwierzęcia. Zdążyłam już rozpoznać jego płeć i nadać mu imię.
Oboje, ja i kot, spoglądaliśmy na wnętrze kuchni. Teraz wyglądała o wiele lepiej niż wtedy, gdy weszłam do niej pierwszy raz. Wyczyściłam wszystkie powierzchnie, na tyle, na ile się dało, a że znałam się dobrze na zaklęciach gospodarczych, nie sądziłam, by można było uzyskać lepszy efekt. Najchętniej wiele elementów wymieniłabym na nowe lub przynajmniej transmutowała w coś lepszego, ale nie chciałam się tak rządzić. W ogóle nie mogłam zrozumieć, jak czarodziej może dopuścić do takiego zapuszczenia domu. Przecież utrzymywanie porządku nie wymagało wiele wysiłku, wystarczyło znać kilka przydatnych zaklęć. Nie wierzyłam, że Snape ich nie znał.
Czarna przymknęła oczy i zaczęła cicho mruczeć. Ten dźwięk wprawiał mnie w jakiś dziwny spokój, gdy tak wsłuchiwałam się w niego w pogrążonej w półmroku kuchni. Nie dane mi to jednak było na dłużej. Wieczorną ciszę przerwał trzask, który nie mógł być niczym innym, jak odgłosem zamykania frontowych drzwi. Zamarłam z kieliszkiem w połowie drogi do ust. Obie z Czarną utkwiłyśmy wzrok w otwartych drzwiach kuchni. Niestety usytuowane zostały w taki sposób, że nie dało się dojrzeć wejścia do domu.
Kot zamiauczał i zeskoczył zwinnie z blatu, po czym pognał w kierunku salonu i zniknął mi z oczu. W ślad za nim zsunęłam się z lady i najciszej, jak potrafiłam, odstawiłam kieliszek. Skradałam się na palcach do drzwi, wyciągając na wszelki wypadek różdżkę. Z pokoju dziennego nie słychać było żadnego dźwięku. Stanęłam tuż przy drzwiach i zawahałam się. Nie wiedziałam, jak się zachować, czy powinnam się odezwać, czy raczej bez ostrzeżenia rzucić jakieś zaklęcie.
Zanim zdążyłam to rozważyć, w progu stanął wysoki mężczyzna. Podskoczyłam przestraszona i kilka iskier wystrzeliło z mojej różdżki.
To ty wyrwało mi się.
Snape uniósł brew i rzucił okiem na koniec mojej różdżki.
A kogo się spodziewałaś? zapytał oschle. Nikt nie może wejść na teren posiadłości pod moją nieobecność. Dlatego właśnie mówiłem, żebyś nie wychodziła z domu.
Opuściłam różdżkę i zmarszczyłam brwi. Serce wciąż tłukło mi się niespokojnie w piersi. Nie odpowiedziałam. Cóż za znaczenie miały jego zabezpieczenia? Gdyby coś mu się stało, wszystko przestałoby działać, prawda? I dlaczego nie powiedział mi o tym przed wyjściem? Czy gdybym złamała jego polecenie, musiałabym spędzić kilka dni na ulicy? Nie podobała mi się ta wizja.
Kotka pojawiła się w kuchni tuż za Snapem. Łasiła się, ocierając o jego nogi, ale on zdawał się tego nie dostrzegać. Obrzucił pomieszczenie uważnym spojrzeniem, ale jeśli cokolwiek zauważył, nie skomentował tego. Zupełnie nie wiedziałam, jak się zachować. Pod jego nieobecność zdążyłam już rozgościć się w domu, ale teraz, wraz z nim, wróciło dziwne poczucie obcości i świadomość, że, bądź co bądź, jestem w cudzym mieszkaniu.
Jesteś głodny? Zrobiłam obiad powiedziałam, by przerwać krępującą ciszę.
Mężczyzna spojrzał na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Właściwie chętnie coś zjem powiedział po chwili, jakby od niechcenia. Jego protekcjonalność trochę mnie uraziła, ale nie dałam nic po sobie poznać. Po chwili wahania ruszyłam do spiżarni, żeby przynieść zapiekankę, którą niedawno tam odłożyłam. Gdy wróciłam Snape stał cały czas w tym samym miejscu. Wydawał się równie speszony, jak ja.
Pójdę się przebrać i zaraz wrócę mruknął, jakby nagle sobie o tym przypominał. Musimy porozmawiać dodał już w drzwiach. Wychodząc, spojrzał przelotnie na butelkę wina stojącą na blacie. Zrobiło mi się głupio, ale nie zdążyłam się odezwać, ponieważ opuścił kuchnię.
Miałam wrażenie, że nie było go całą wieczność. Podgrzałam mu zapiekankę za pomocą magii i zaczarowałam ją tak, żeby nie stygła. W końcu wrócił. Nie miał już na sobie podróżnej szaty czarodzieja, ubrany był w czarne spodnie i ciemną koszulę w prążki. Usiadł na szczycie stołu naprzeciwko mnie, tam, gdzie stała gotowa kolacja.
Ty nie jesz? zapytał, obrzucając mnie badawczym spojrzeniem.
Dopiero co zjadłam odparłam.
Skinął głową i bez zbędnych słów podziękowania czy komentarza zabrał się za jedzenie. Głupio się czułam, obserwując go, ale nie miała nic, czym mogłabym się zająć, więc tylko spuściłam wzrok na swoje dłonie złożone na kolanach. Po chwili przypomniałam sobie jednak o winie.
Przepraszam za wino odezwałam się nieśmiało, wskazując na butelkę. Nie powinnam brać bez pytania.
Nie ma problemu odpowiedział suchym, urzędowym tonem. Powiedziałem, że możesz korzystać ze spiżarni.
Znów zapadło milczenie przerywanie jedynie stukaniem sztućców o talerz. Czarna wbiegła do kuchni i zatrzymała się obok mnie, miaucząc cicho. Odsunęłam krzesło, a ona wskoczyła na nie i usiadła, a ponad blat stołu wystawał tylko jej łebek. Wyciągnęłam rękę w jej stronę, rada, że mam coś, czym mogę się zająć, żeby odwrócić wzrok od mojego gospodarza. Kot, spragniony pieszczot, otarł główkę o moją dłoń, a ja podrapałam go za uchem.
Zdałam sobie sprawę, że teraz to Snape obserwuje mnie i w następnej chwili nasze spojrzenia się skrzyżowały.
Co? zapytałam, ponieważ dostrzegłam w jego twarzy jakąś zmianę, której nie potrafiłam jednak bardziej precyzyjnie określić. Może miał coś przeciwko kotu siedzącemu przy stole? Może w ogóle nie powinnam wpuszczać go do domu? Ale przecież zdawał się tutaj czuć jak u siebie.
Ona nie ufa nikomu powiedział powoli, patrząc na kota, którego wciąż głaskałam. Ledwo daje mi się dotknąć dodał cicho.
Przeniósł świdrujące spojrzenie na mnie, a ja odwróciłam wzrok i wpatrzyłam się w kotkę. Cofnęłam rękę, zupełnie jakbym robiła coś niestosownego. Po chwili usłyszałam, że Snape wrócił do jedzenia.
Jak się nazywa? zapytałam. Znów spojrzał na mnie, jakby nie rozumiejąc. Kotka. Jak ma na imię? wyjaśniłam.
Wzruszył ramionami.
Nie wiem odpowiedział. To przybłęda. Pewnego dnia po prostu się pojawiła i została.
Zupełnie jak ja, pomyślałam.
Nazywam ją Czarna powiedziałam po chwili.
Snape nie odpowiedział i milczenie panowało, dopóki nie skończył jeść. Następnie wstał, jednym machnięciem różdżki wyczyścił po sobie talerz i odłożył go do szafki bez użycia magii. Wyciągnął drugi kieliszek i podszedł do mnie, po drodze zabierając z blatu mój oraz butelkę wina. Dolał mi i postawił przede mną pełne naczynie.
Dziękuję powiedziałam cicho.
Nalał również sobie i wrócił na swoje miejsce na szczycie stołu. Rozparł się wygodnie na krześle i przez chwilę powoli sączył wino, przyglądając mi się w zamyśleniu znad kieliszka. Dzielnie wytrzymałam jego przeszywające spojrzenie, chociaż miałam wrażenie, że jego ciemne oczy prześwietlają mnie na wylot. Nie śmiałam sięgnąć po wino ani nawet drgnąć.
Nie potrafiłam określić powodu swojego podenerwowania, w końcu nie miałam nic na sumieniu, nie zrobiłam nic złego pod jego nieobecność. Po prostu ten człowiek miał w sobie coś, co w ten sposób na mnie działało. Coś niepokojącego, jakiś mrok. A może tylko to sobie wymyśliłam pod wpływem wszystkiego, co znalazłam, zwiedzając jego dom? Sama nie byłam już pewna.
Na pewno chcesz się dowiedzieć, na czym ma polegać twój udział w wojnie przeciwko Czarnemu Panu odezwał się w końcu.
Mówił cicho, ale mimo to słyszałam go wyraźnie. Skinęłam nieznacznie, wciąż przyglądając mu się uważnie.
Wybacz, że kazałem ci tak długo czekać. To nie było zależne ode mnie kontynuował.
Nie odpowiedziałam. Na chwilę zapadło milczenie. Snape upił wina, po czym znów się odezwał.
Musisz wiedzieć, że tego, co planujemy zrobić, nikt wcześniej nie próbował powiedział powoli, jakby ważył słowa. Nasz plan opiera się jedynie na teorii, która z kolei skonstruowana została na podstawie domysłów. Znów upił łyk wina, zanim kontynuował: Istnieje zaklęcie. Właściwie urok sprostował. Bardzo stary, czarnomagiczny, który pozwala poprzez więzy krwi zawahał się na chwilę, jakby szukał właściwego określenia wpływać na członków rodziny.
Chłonęłam każde słowo z jego ust, obserwując go dokładnie, żeby wyłapać wszystko, nawet najdrobniejsze zawahanie. Nie zaskoczyło mnie, że to, co mamy zrobić, będzie związane z czarną magią. W zasadzie domyślałam się tego od momentu, gdy powiedział mi, że jest śmierciożercą.
To bardzo stare zaklęcie, zapomniane, nieużywane od lat mówił. Dziś praktycznie nie ma potrzeby go stosować. Wystarczy zagrozić, że skrzywdzi się kogoś bliskiego, żeby dostać, co się chce. Relacje rodzinne są dziś inne, ale kiedyś było to często używane podczas wojen. Gdy król miał dziesięcioro dzieci, z którymi w zasadzie nie łączyły go żadne uczucia, mógł poświęcić nawet kilkoro z nich dla spraw politycznych. W takiej sytuacji to zaklęcie było bardzo pomocne. Wystarczyło porwać jedno z wielu dzieci króla, żeby go torturować.
Mimo obrazu jego osoby, który stworzyłam sobie w głowie, przeraził mnie trochę spokojny ton, z jakim mówił o śmierci i torturach. Miałam wrażenie, że nawet trochę go to fascynuje. Z drugiej strony czego innego mogłam spodziewać się po śmierciożercy? Nadal zachodziłam w głowę, co takiego sprawiło, że ktoś taki przeszedł na dobrą stronę i obecnie próbował doprowadzić do upadku Voldemorta.
Odkrycie, że naprawdę istnieje ktoś związany krwią z Czarnym Panem, było naprawdę przełomowe mówił Snape. Dumbledore wiązał z tym wielkie nadzieje na nieopisaną pomoc dla Pottera.
Gdzie on jest? przerwałam mu po raz pierwszy, przypominając sobie list mamy. Dumbledore?
Nie żyje odpowiedział beznamiętnie.
Nie poczułam w związku z tym nic szczególnego. Kimkolwiek był ten legendarny człowiek, nie znałam go. Snape znów przez dłuższą chwilę w milczeniu sączył wino. Pomyślałam o liście mamy i zdałam sobie sprawę, że nie wiedziała o śmierci Dumbledore’a, więc może jednak powinnam się tym bardziej zainteresować.
Co się stało? zapytałam.
Zabiłem go oznajmił sucho.
Wybałuszyłam oczy i wciągnęłam głośno powietrze zszokowana. Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi. Po raz kolejny sparaliżował mnie strach, tak jak wtedy, gdy powiedział mi, że jest śmierciożercą. Tym razem jednak trudniej było mi przywołać siebie do porządku jakimś tanim wytłumaczeniem, że wciąż przecież żyłam. Może to tylko chwilowa egzystencja do momentu, aż zostanę wydana prosto w ręce Voldemorta?
Nie bój się powiedział w końcu Snape lekceważącym tonem. To wszystko było częścią planu. Ustaliliśmy to razem, więc żaden ze mnie morderca.
Wzięłam kilka głębokich oddechów, próbując wierzyć jego słowom. Sięgnęłam po kieliszek i upiłam łapczywie połowę zawartości, oblewając się przy tym. Nadal przyglądał mi się przenikliwie, a szyderczy uśmieszek wykrzywił jego wargi, jakby moje przerażenie sprawiało mu jakąś ponurą satysfakcję. Podniósł się, a ja podskoczyłam i potrąciłam naczynie. Czerwony płyn rozlał się po stole, ale nie zwróciłam na to uwagi, moje oczy były skupione na nim. Podszedł do mnie i wyciągnął różdżkę, a serce podeszło mi do gardła.
Nic ci nie grozi z mojej strony zapewnił mnie cicho, prawie szeptem.
Machnął różdżką i natychmiast bałagan, którego narobiłam, zniknął. Ponownie napełnił mój kieliszek, po czym wrócił na miejsce, nalewając sobie resztę wina.
W każdym razie twoje pojawienie się daje dużo możliwości mówił dalej, jakby nigdy nic. Plan jest następujący. Wykorzystując twoją krew, rzucimy urok dający nam, przez wasze pokrewieństwo, dostęp do Czarnego Pana. Następnie będziesz regularnie przyjmować eliksir, który stopniowo odbierze mu magiczną moc.
Co takiego? przerwałam zaskoczona. Jak to odbierze magiczną moc?
Pierwszy raz w życiu słyszałam o czymś podobnym. Snape uśmiechnął się lekko pobłażliwie.
Tak potwierdził. Oczywiście nie całkowicie. Nie można zupełnie pozbawić mocy czarodzieja, ale można na nią wpłynąć, ograniczyć ją.
Nigdy o tym nie słyszałam przyznałam cicho.
Tym razem na jego twarzy wyraźnie odmalowała się kpina.
To nic dziwnego. Z tego, co się orientuję, program Beauxbatons jest jeszcze bardziej ubogi o informacje na temat czarnej magii niż program Hogwartu.
Po jego tonie wyczułam, że uważa to za błąd.
Taką decyzję podjęli odpowiedni ludzie, z pewnością z jakiegoś powodu – zauważyłam ostrożnie.
Snape przyglądał mi się przez chwilę, a na jego ustach wciąż błąkał się kpiący uśmieszek. Nie byłam jednak pewna, co myśli o moich słowach. Być może posunęłam się za daleko? Czy mogłam kwestionować jego racje? Nie sprawiał wrażenia człowieka skłonnego do dyskusji.
Czarna magia jest potężnym narzędziem powiedział w końcu, z pewnym namaszczeniem. Może być zarówno zła, jak i dobra, ale przede wszystkim jest niebezpieczna, szczególnie w mało wprawionych rękach. Głównie dlatego nie uczy się jej młodych czarodziejów.
Zastanowiłam się nad jego słowami. Niestety nie miałam żadnego punktu odniesienia, żeby je zweryfikować. Nie mogłam sobie przypomnieć, żeby w szkole kiedykolwiek mówiono nam coś o czarnej magii. Zdawało mi się, że ta nazwa nigdy nawet nie padła z ust moich nauczycieli. Mieliśmy oczywiście zajęcia, na których uczono nas zaklęć obronnych, jednak nawet tam nie mówiono, przed czym właściwie mamy się bronić. Beauxbatons było oazą spokoju. Bajkowym zamkiem, położonym  w malowniczym miejscu, otoczonym przez cudowne rośliny i krajobrazy. Pośród umiłowania przyrody, piękna i sztuki brakowało miejsca na mrok i zło. Wychowywano nas trochę tak, jakby ta druga, ciemniejsza strona magii nie istniała. Dopiero teraz naszła mnie myśl, jak poważny był to błąd i jak dużą przewagę mieli nad nami nasi potencjalni wrogowie.
Wracając jednak do meritum podjął Snape, wyrywając mnie z zamyślenia. Podejmiemy próbę ograniczenia mocy Czarnego Pana. Powodzenie tego przedsięwzięcia nie jest łatwe do przewidzenia. Wszystko zależy bezpośrednio od czarodzieja i jego świadomości i rozwinięcia posiadanych mocy, których nie można odebrać tak potężnemu czarnoksiężnikowi.
Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami, zanim jednak zdążyłam znów mu przerwać, mówił dalej.
Nie to jest jednak najistotniejszą częścią planu. Kluczowe będzie twoje spotkanie z Czarnym Panem.
Krew zmroziła się w moich żyłach na dźwięk jego słów. W zasadzie czekałam właśnie na tę informację, której najbardziej się obawiałam. Naiwnie sądziłam, że być może mój udział w wojnie może obyć się bez konfrontacji z jej inicjatorem, którego samo imię budziło w ludziach tak wielki lęk. Teraz jednak pozbyłam się wszystkich złudzeń.
Snape wyczuł moją reakcję.
Bez obaw odezwał się uspokajająco. To nie stanie się w najbliższym czasie.
Jakoś niespecjalnie mnie to nie pocieszyło. Cóż za różnica, jak długo miałam żyć ze świadomością nieuchronnie zbliżającego się spotkania z Czarnym Panem?
Dlaczego to takie kluczowe? Co się tam wydarzy? zapytałam, nie będąc jednak pewną, czy chcę znać odpowiedź.
Snape również przez chwilę wyglądał, jakby rozważał, czy udzielić mi tych szczegółów, ostatecznie jednak odpowiedział:
Twoim zadaniem będzie sprowokować Czarnego Pana do zaatakowania. Przez wasze połączenie dojdzie do utworzenia pętli Ekrizdisa. Rzucone na ciebie zaklęcie przez twoją krew zadziała również na Czarnego Pana i uniemożliwi mu cofnięcie go, obezwładniając go w ten sposób. To stworzy idealny moment dla Pottera, żeby zakończyć całą sprawę.
To było dla mnie jak jakaś kompletna abstrakcja. Czułam się, jakbyśmy rozmawiali o równoległym świecie lub co najmniej o kimś innym, a nie mnie samej. Równie dobrze mógłby to być sen.
Oczywiście możesz to przemyśleć powiedział Snape, po dłuższej chwili milczenia.
Skinęłam, chociaż wiedziałam już, jaka będzie moja decyzja. Byłam zmęczona ciągłym rozważaniem. Chociaż czułam się przerażona i zdezorientowana, nie wyobrażałam sobie, bym mogła zrobić coś innego niż zgodzić się na to całe wariactwo. Nie było innej drogi, coś ciągnęło mnie do wojny i nie chciałam przyznać, że to głównie prymitywna chęć zemsty. Pragnęłam zacząć działać.
Czy masz jakieś pytania? zapytał Snape.
Tak powiedziałam powoli. Nie znam się za bardzo na czarnej magii. Chciałabym dowiedzieć się więcej o tym wszystkim.
Oczywiście odpowiedział, marszcząc brwi. Pozwól ze mną.
Wstał i skierował się do salonu, a ja podążyłam za nim. Zatrzymał się przed biblioteczką i przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu. Czekałam cierpliwie, nie zwracając uwagi na absurdalność jego zachowania, zważywszy, że większość książek nie miała żadnych tytułów na grzbietach.
W końcu sięgnął po jakąś stosunkowo cienką książkę z najniższej półki. Przekartkował ją, a następnie zamknął i odłożył na miejsce. Wziął inną, z tej samej półki, powtórzył proces przeglądania, ale tym razem na koniec wyciągnął ją w moim kierunku.
To powinno wystarczyć na początek powiedział w zamyśleniu, nadal patrząc na biblioteczkę.
Dziękuję odparłam, biorąc od niego książkę.
Była cienka, miała zaledwie około dwustu stron i jak większość oprawiona była w czarną skórę. Przycisnęłam ją do piersi, nie wiedząc, co powinnam teraz ze sobą zrobić.
Jeśli nie masz więcej pytań, to wszystko na tę chwilę. Jutro po śniadaniu spotkamy się w laboratorium i zaczniemy warzyć potrzebne eliksiry oznajmił.
Skinęłam głową. Odniosłam wrażenie, że chciał już zostać sam, a i ja nie pałałam wielką ochotą na jego towarzystwo.
Dobranoc mruknęłam i powoli ruszyłam w kierunku tajnego przejścia prowadzącego do podziemia.
Zatrzymałam się jednak, stojąc już przy regale, przypomniawszy sobie o czymś. Zawahałam się, spoglądając przez ramię na Snape’a.
Severusie? zaczęłam niepewnie.
Drgnął zaskoczony i oderwał się od swoich książek, spoglądając na mnie pytająco.
Słucham zachęcił mnie łagodnie.
Przepraszam za swoje zachowanie po przybyciu tutaj powiedziałam nieśmiało. Nie byłam zbyt przyjemna. Zazwyczaj taka nie jestem.
Wydawał się zaskoczony moimi przeprosinami. Minęła chwila, zanim wydobył z siebie jakąś odpowiedź.
Nie ma o czym mówić zapewnił. Wobec tego, co się wydarzyło, miałaś do tego prawo.
Pokiwałam głową. Przypuszczałam, że raczej nie przejął się za bardzo moim brakiem uprzejmości, ale mimo to odczuwałam lekkie wyrzuty sumienia. Bądź co bądź, nie był to dla mnie klasyczny sposób rozpoczynania znajomości i chciałam to wyjaśnić.
Dziękuję, że uratowałeś mi życie dodałam jeszcze.
Przyglądał mi się, jakbym spadła z księżyca. Oczywiście, zdawałam sobie również sprawę, że jego czyn nie był bezinteresowny, ale to nie zmieniało faktu, że dzięki niemu żyłam. Miałam wobec niego dług wdzięczności.
Nie ma za co odparł w końcu, przyglądając mi się z zainteresowaniem, jakbym była jakimś egzotycznym gatunkiem w zoo. Zrobiło się dziwnie.
Dobranoc powtórzyłam i ulotniłam się z salonu.
Weszłam do swojej sypialni i w zamyśleniu rozejrzałam się po pomieszczeniu, nadal przyciskając do piersi książkę, którą dał mi Severus. Dopiero po chwili moje mięśnie trochę  się rozluźniły. Z pewnością Snape nie należał do często spotykanego typu ludzi. Był specyficzny, mówiąc delikatnie. Miałam nadzieję, że z czasem przestanę się przy nim tak stresować. Na razie czułam się jak intruz, który wtargnął do jego świata, i być może było w tym ziarno prawdy. Postanowiłam zrobić, co w mojej mocy, żeby nie stanowić dla niego ciężaru. Oczywiście, oboje znaleźliśmy się w bardzo dziwnym układzie. Dwoje obcych ludzi zmuszono nie tylko do współpracy, ale i dzielenia ze sobą codzienności. Nawet bardziej otwartym osobom mogłoby to sprawić problem. Po raz kolejny pożałowałam, że wszystko odbyło się w taki sposób i nie było tu ze mną mamy.
Westchnęłam i usiadłam przy stole. Delikatnie położyłam na nim książkę. Pogładziłam skórzaną okładkę, a moje myśli popłynęły do wszystkiego, co powiedział mi Snape na temat mojej misji. Z tego, co zrozumiałam, miałam być pewnego rodzaju kanałem łączącym Voldemorta z jego wrogami. Przeze mnie mieli szansę go osłabić, a nawet zaatakować. Na tę chwilę, moje zadanie nie wydawało się skomplikowane. Oczywiście pod warunkiem, że Snape był ze mną całkowicie szczery, czego nie mogłam sprawdzić. Postanowiłam dowiedzieć się jak najwięcej na temat zaklęcia, które planowaliśmy wykonać. Jak się okazało, miałam poważne braki w edukacji.
Nie mogąc znieść tej myśli, otworzyłam książkę, pragnąc zgłębić nieznany temat. "Czarna Magia, Wstęp", głosił tytuł. Niewiele myśląc, przewróciłam stronę i zaczęłam czytać. Po chwili wciągnęłam się już całkowicie. Poczułam się nawet trochę jak za dawnych czasów w szkole. Zawsze lubiłam się uczyć, a czytanie książek należało do moich ulubionych form nauki. Lektura była ciekawa, lekko napisana i, jak wskazywał tytuł, zawierała głównie wstępne informacje o czarnej magii. Po kilkudziesięciu stronach miałam już pewność, że Snape nie przypadkiem dał mi właśnie tę pozycję, zawierała jedynie podstawy, ale mimo to budziła mój niepokój. Autor poświęcił sporo miejsca podkreśleniu niebezpieczeństwa, jakie niosło ze sobą lekkomyślne używanie klątw i czarnomagicznych uroków. Skutki błędów były dużo poważniejsze niż w przypadku tradycyjnych zaklęć. Mój lęk, zamiast zmaleć, jedynie się pogłębiał, przerażała mnie perspektywa używania tego rodzaju czarów.
Zanim się obejrzałam, przeczytałam całą książkę, a godzina zrobiła się późna. Zestresowałam się trochę tym, że tak się zasiedziałam, a następnego dnia musiałam wcześniej wstać. Pospieszyłam do łazienki, żeby wziąć szybki prysznic.
Szybko doszłam do wniosku, że czytanie o czarnej magii na noc nie było najrozsądniejszym pomysłem. Myjąc się, czułam się jakoś nieswojo, bez przerwy nasłuchiwałam odgłosów dochodzących z pokoju; nawet dźwięk płynącej wody sprawiał, że moje mięśnie się napinały. Świadomość, że Snape jest gdzieś blisko, na tym samym piętrze, być może tuż za ścianą, jeszcze bardziej potęgowała moją paranoję. Wyobraźnia podsuwała mi pomysły różnych spisków i obrazy wymyślnych tortur z zastosowaniem metod opisanych w jednej z wielu mrocznych ksiąg, których posiadaczem był ten śmierciożerca. Starałam się przemówić sobie do rozumu, przypominając, że przecież nie była to moja pierwsza noc w tym domu. Gdyby Snape chciał zrobić mi krzywdę, dawno by to uczynił. A już na pewno nie uratowałby mnie przed śmiercią, gdyby miał złe intencje.
Idąc boso przez pokój, nadepnęłam na coś ostrego i zaklęłam pod nosem. Krzywiąc się z bólu, pochyliłam się, żeby sprawdzić, co to takiego. Moim oczom ukazał się srebrny pierścionek mamy. Zamarłam na chwilę. W końcu jednak otrząsnęłam się i podniosłam go z ziemi. Przyglądając mu się w zamyśleniu, położyłam się do łóżka.
Za pomocą różdżki zgasiłam światło i natychmiast przeszły mnie ciarki. Wmawiając sobie, że po prostu zrobiło mi się zimno, nakryłam się kołdrą i zwinęłam pod nią w kłębek. W palcach wciąż ściskałam pierścionek. Przyjrzałam mu się w słabym świetle księżyca, wpadającym przez małe okienka. Przymierzyłam go i, stwierdzając, że najlepiej pasuje na środkowy palec lewej dłoni, zostawiłam go właśnie tam. Pomyślałam, że nie wiem, nawet jaka jest jego historia. Znajdował się na ręce mamy od kiedy pamiętałam, ale nigdy o niego nie zapytałam. Teraz, gdy nie miałam już takiej możliwości, wszystko, co wcześniej traktowałam jak nieistotny szczegół codzienności, nabrało innego znaczenia. Pierścionek stanowił jedyną pamiątkę, którą pozostawiła mi mama. Zawierał jakby część jej samej. Czy skrywał jakieś sekrety? Dlaczego z całej swojej biżuterii przekazała mi tylko ten jeden drobiazg?
Nie mogłam powstrzymać łez, które napłynęły mi do oczu. Tak bardzo tęskniłam. Za mamą, za ciotką Jasmine, za Lukiem, za Jovite. Za domem i bliskimi. Ukryłam twarz w poduszce i pozwoliłam, by płacz ukołysał mnie do snu.